sobota, 23 listopada 2013

Rozdział: 23

Wstałam wcześnie, przed 6:00. Wstałam opierając się o łóżko. Kiedy miałam wychodzić z pokoju, rozejrzałam się jeszcze wokoło. "Zapewne już poszedł" Uśmiechnęłam się lekko. Stąpając ociężale po schodkach, usłyszałam dźwięk patelni. Mamy nie było w domu...Spodziewałam się złodzieja, wychodząc z założenia -mama w pracy-,-on poszedł-. Niespokojnie i cicho szłam s stronę kuchni. Kiedy weszłam zastałam Harry'ego.
-Hej, co tak wcześnie?-uśmiechnął się.
-H..hej. Co to za hałasy?
-Obudziłem ciebie? Ah, przepraszam, wypadła mi z ręki.
-Nie, nie przepraszaj-zaśmiałam się cicho-Kiedy schodziłam na dół usłyszałam hałas-dokończyłam, a ten kontynuował robotę.
-To ja może pójdę do łazienki-powiedziałam szybko obracając się na pięcie i wychodząc z pomieszczenia. Hazz tam stał tylko w bokserkach. Jego pięknie urzeźbiony tors, po prostu przyciągał mój wzrok. Łazienka, to było chyba jedyne wytłumaczenie.  Z resztą i tak miałam tam pójść.
 Wzięłam swoje ubranie z szafy po czym weszłam do łazienki. Chciałam wziąć poranny prysznic. Orzeźwiający, na pobudzenie. Usłyszałam odgłos otwierających się drzwi. Ręcznik wisiał na kabinie, więc szybko się nim owinęłam. Wyjrzałam zza drzwiczek.
-Ekhem-odchrząknęłam. On się odwrócił...
-Wow-usłyszałam. Gapił się na mnie.
-Harry, mógłbyś wyjść?-spytałam.
-Tea...chwila..
-Harry!
-Aha tak, już wychodzę, przyszedłem tylko po koszulę i spodnie-sięgnął po swoje ubrania podniósł i pokazał-Widzisz mam-uśmiechnął się.
-No masz, a co masz zrobić?
-Zajebiście wy...
-Wyjdź, proszę wyjdź-byłam załamana, zażenowana, a jednocześnie rozbawiona. Posłusznie wyszedł odwracając się jeszcze. Kiedy zamknął drzwi, szybko do nich podbiegłam, (na wszelki wypadek dalej w ręczniku) zamknęłam je. Powróciłam do poprzedniej czynności.
 Weszłam do pokoju, aby wziąć telefon. Zobaczyłam wiadomość od Ani. Zgodnie z treścią sms-a zadzwoniłam do niej.
-Hej dzięki-powiedziała cicho.
-Hej kochana. Co się stało?
-Głowa mnie boli, to za pewne przestanie, ale dzisiaj nie pójdę do szkoły.
-Śniadanie gotowe-ujrzałam stojącego w progu wejścia do mojego pokoju Harry'ego.
-Słyszę, że nie jesteś sama, ani sama nie pójdziesz. Już się nie martwię. Do zobaczenia-powiedziała. Tym razem jej głos brzmiał lepiej.
-Pa.
Zeszliśmy na dół. Chłopak zrobił naleśniki. Były bardzo smaczne. Podziękowałam mu za śniadanie. Zaczęliśmy się ubierać. Wyszedł pierwszy, następnie ja zamykając drzwi. Nagle usłyszałam jak ktoś wykrzykuje moje imię. Spojrzałam w bok, to był Luke. Za pewne szedł do Tony'ego. Pomachałam mu. Popatrzyłam jeszcze na niego. Wyglądał, jakby chciał przejść przez tą jezdnię, pójść do mnie skręcił więc w bok, w moją stronę. Poczułam, że ktoś za mną stoi. Odwróciłam głowę i podniosłam ją ku górze. Hazz spuścił wzrok na mnie i się uśmiechnął, co ja odwzajemniłam. Lucas mieszkał prawie naprzeciw mnie, na tej samej ulicy, tylko po drugiej stronie. Kiedy zobaczył mnie i Harry'ego, jakby zboczył z kursu i odwrócił się w stronę domu Antony'ego. Odszedł bo zobaczył nas. To robiło się coraz dziwniejsze.
-Idziemy?-z zamyślenia wyrwał mnie loczek.
-A tak w ogóle to ty chcesz mnie odprowadzić pod szkołę? Przecież nie jestem małym dzieckiem.
-Nie jesteś. Ale podprowadzę ciebie do parku-uśmiechnął się. 
 Szliśmy razem rozmawiając i śmiejąc się. Doszliśmy do miejsca, w którym mieliśmy się rozejść.
-No to do zobaczenia-powiedziałam.
-Może pójdziemy gdzieś dzisiaj? Wiem! Do twojej cioci.
-Dobra...ale idź najpierw jej pomóż-uśmiechnęłam się-I weź chłopców.
-Nie ma sprawy-odrzekł.
 Kiedy wchodziłam do szkoły, widziałam jak Luke i Tony idą po schodach na górę. Tony odwrócił się, ale Luke go szturchnął. Antony pomachał do mnie ukradkiem. W szatni spotkałam Judy.
-Co z nim jest?-spytała. Dałam znać, że nie wiem o kogo chodzi-No Lucas. Jakiś taki dzisiaj dziwny przyszedł do szkoły. Był taki zdenerwowany, czasem się dziwnie uśmiechał..Oschle się do mnie zwracał. Współczuję Antony'emu, jak on z nim wytrzymał-zaczęłam kojarzyć fakty. Uśmiechnięty chłopak, chcący do mnie podejść...
-Chyba wiem, o co mu chodziło...-powiedziałam niechętnie-Kiedy wychodziłam z domu, usłyszałam jak mnie woła. Odmachał mu. Chciał do mnie podejść, ale zobaczył Hazzę stojącego za mną i odwrócił się-dodałam-odwrócił się i poszedł.
-Olśniło mnie!-wykrzyknęła Judy-Może on się w tobie, heh wiesz, a kiedy zobaczył was razem, po prostu się wkurzył!-nie no! Tego było już za wiele...
-To jakiś obłęd! Ja już słyszałam opowieści o mnie i Stylesie i wierz mi, mam już tego dosyć. To słyszę o mnie i loczku, to teram o mnie i Luke'u. Po za tym, kto by mnie chciał!
-Nie mów mi teraz, że brzydka jesteś! Spójrz na mnie!-nie skomentowałam, nie doceniała dziewczyna swojej urody.
-Ja po prostu wiem, że nikt się we mnie nie zakochał. I proszę nie wmawiaj mi czegoś innego.
"Jestem nienormalna!"
-Dobra, okej, ja już nic nie mówię...
 Lekcje przebiegały zgodnie z planem. Uczennice tej szkoły były  bardzo sympatyczne. Niestety aura pogodowa była nie do zniesienia. Już za kilka dni marzec, a śnieg znów sypnął. Cały czas padał. Niespodziewanie na przerwie przed ostatnią lekcją i na końcowych zajęciach, loczek się do mnie dobijał. Na nieszczęsnej chemii odbyło się małe odpytywanko. Już chyba nic mogło bardziej popsuć nam humoru. Jakoś wybrnęliśmy. W końcu nie wytrzymałam. Odczytałam wiadomość na lekcji. Pytał, o której kończę, odpisałam szybko i schowałam telefon. Prawie wszystkie klasy kończyły w tedy zajęcia. I prawie wszystkie to widziały. Otóż przystanek był kilka kroków od szkoły. Ci,którzy czekali na autobus bacznie wszystko obserwowali. Ogromny dziedziniec, był mniej więcej w połowie zapełniony. Tamto wydarzenie kompletnie popsuło mi nastrój. Otóż zaczęło się od wołań: "koń, koń!". Zdziwiłam się, bo skąd mogłoby się tam wziąć te zwierzę. Wokół chodników były obsadzone drzewa. Zza roślin zaczął się wyłaniać parzystokopytny koń arabski..kary... Pokłusował do mnie i stanął. Wiercił się niespokojnie. Spojrzałam w ciemno-brązowe tęczówki, to była Flicka. Razem z Judy uspokoiłyśmy ją trochę. Podbiegły do nas cztery sympatyczne dziewczyny. Sytuacji przyglądali się uczniowie stojący na przystanku, pod szkołą, w oknach budynku-prawie wszyscy. Camille, Caroline i Olivia nie mogły przegapić tej sytuacji. Autobusy nie przyjeżdżały, był niesamowite korki, więc spokojnie można było oglądać zaistniałe wydarzenie. A do tego, to nie był koniec tak zwanych atrakcji. Znowu słychać było wołania, ale do nich dochodziły jeszcze...piski. Kiedy stałam zastanawiając się, jak ona tutaj się znalazła, odpowiedź już jechała. Słyszałam stukot kopyt, a za drzewami migającą postać siedzącą na koniu. Jechali rozpędzeni szybciej niż Flicka, a uwierzcie mi, ona gna jak szalona. Zza drzew wyłonił się Harry... Czy to nie za dużo jak na jeden dzień? Widać nie. Stąd te piski. Wszystkie dziewczyny były wniebowzięte widząc Harolda, a chłopacy pełni podziwu. Jechał na Orlandzie, jakby inaczej. Gwałtownie zahamował.
-Musimy jechać-szybko zsiadł ze zwierzęcia.
-Dlaczego ty jesteś na koniu?
-Samochód nawalił, przecież mieliśmy się dzisiaj spotkać u twojej cioci. Byłem wcześniej, obiecałem ci!-faktycznie, obietnicy dotrzymał-Nie ma czasu do stracenia!
-Ale co się stało?-pytałam dalej zdezorientowana.
-Basia...-szepnął. Już się domyśliłam. Złapał mnie za rękę i pomógł wsiąść na Flickę. Judy mnie szturchnęła i wskazała na Luke'a. Był okropnie wkurzony, jakby na cały świat. Patrzył na mnie ze złością...i czymś jeszcze, czymś milszym. Harry już dosiadł konia, a widząc jego okropne spojrzenie, sam odwdzięczył się jemu tym samym.
-Ruszamy?-spytał.
-Zabierzmy Judy-poprosiłam. Kiwnął twierdząco głową. Nie wiedziała do kogo ma usiąść. Zobaczyła mój wzrok i szybko zdecydowała się na mnie.
-Gotowe?-Judith pisnęła 'Tak' Ruszyliśmy. Musieliśmy pędzić.
-Twoja ciocia, zasłabła, karetka nie przyjeżdża, mają dużo wezwań, a do tego trudny dojazd. Twoja mama jest lekarzem, musisz coś wiedzieć!
-Postaram się-jęknęłam.
 Gdy dojechaliśmy, Louis odprowadził konie, a Judy została, aby się przywitać. Miała do nas przyjść. Pobiegliśmy do domu. Kiedy Liam nas zobaczył, wyszedł na chwilę.
-Najszybciej karetka będzie za pół godziny-wyszeptał.
-A Kelly powiadomiona?-spytałam.
-Znaleźliśmy jej numer, jutro będzie-odpowiedział. Otóż owa Kelly, to córka cioci. Raz na miesiąc przyjeżdża tutaj. Nie widziałyśmy się od 5 lat. Miałyśmy ze sobą dobre kontakty. Zadzwoniłam do mamy. Powiedziała, że postara się ściągnąć karetkę i przyjechać. Dała mi instrukcje. Jeżeli Basia, poczułaby się gorzej lub nie miała pomocy medycznej..Wolałabym nie mówić co by się stało. Po kilku minutach ciocia się obudziła.
-Emilko, tak się cieszę, że ciebie widzę-ledwie powiedziała.
-Ja też ciociu cieszę się, że ciebie widzę. A teraz odpoczywaj-złapałam ją za rękę. Zamknęła oczy, oddychała, puls miała wyczuwalny, po prostu zasnęła. Kiedy zsiadałam z Flicki, bya zdenerwowana, wierciła się, nie dawała się zaprowadzić, Louis ledwie ją złapał. Pobiegłam do stajni, do mojej karej.
-Hej mała. Jak tam?-szepnęłam. Usiadłam na beli siana i łzy zaczęły napływać mi do oczu. Basia-tak ją kochałam, była dla mnie jak siostra, przyjaciółka. W każdej chwili jej stan mógłby się pogorszyć. A jeszcze do tego ten okropny śnieg! Wszystko przez tą pogodę! Twarz ukryłam w rękach. Usłyszałam czyjeś kroki. Ten ktoś usiadł obok mnie i objął.
-Wyjdzie z tego-zaczął mnie pocieszać znajomy głos z chrypką. Odpowiedzią dla niego był mój kolejny wybuch płaczu.
-A co jeśli nie zdążą? Przecież to bardzo prawdopodobne-powiedziałam dławiąc się łzami.
-Nie załamuj się. Musisz być silna. Ona chciałaby, abyś była twarda. Wytrzymaj. Zrób to dla niej i..
-I dla ciebie?-uśmiechnęłam się lekko.
-Tak, i dla mnie. Bądź silna, zobaczysz będzie dobrze-podał mi chusteczki. Wzięłam jedną, może dwie. Ogarnęłam się trochę.
-Już nie płacz-ścisnął mnie mocniej. Odwróciłam głowę w jego stronę, on w moją. Nasze czoła się zetknęły, a my uśmiechnęliśmy się. To przyciągało, nie było oporu, nie wiem jak byś się starał, tego nie zatrzymasz. Delikatnie musną moje zimne wargi, tego nie można było powstrzymać, prócz osoby trzeciej, którą w tamtym wypadku była Judy. Nie wiedziała co zrobić. Czy iść, czy zostać, kręciła się w kółko.
-Chodźmy już do środka-powiedziałam trochę rozbawiona sytuacją. Judy opowiedziała nam o polepszeniu się stanu cioci i o przyjeździe mamy z karetką. Kiedy mama mnie zobaczyła wyszła na chwilę, obok mnie stał loczek.
-Płakałaś?-zapytała zmartwiona.
-Tak, ale już jest dobrze-odpowiedziałam. Mama spojrzała na Harry'ego uśmiechnięta i puściła do niego oczko.
-Mamo, co to miało znaczyć?-spytałam.
-Nic, nic...-mruknęła.
-Mamo!
-Ja muszę już lecieć, do zobaczenia wieczorem!-pobiegła do karetki byleby tylko nie odpowiadać. Nagle coś mi się przypomniało, a raczej ktoś. Musiałam przecież zanieść zeszyty Ani. Poprosiłam chłopców i Judy o pozostanie w domu, a sama pobiegłam do Ambulansu. Poprosiłam o podwózkę. Ciocia o wiele lepiej już się czuła.
 Zapukałam do drzwi. Otworzyła mi Ania, nie ta chora, a roześmiana. Kiedy weszłam, Rosalie raczkowała, robiła ogromne postępy. Weszłyśmy do pokoju Ani. Notatki były krótkie, przepisywała ok. 20 minut.
-I co mówił?-zapytała podekscytowana.
-Niall? A wiec mówił, że pięknie śpiewasz, masz piękne oczy...tylko tyle wyciągnęłam z loczka-powiedziałam, po czym spróbowałam soku.
-A! Nie mogę się obudzić, nie mogę się obudzić-szeptała.
-To nie sen, tak było na prawdę-zaśmiałam się.
-Moje marzenie! Jak myślisz podobam mu się?-szarpała moją ręką z podniecenia.
-Nie wiem, ale rękę mi zaraz rozerwiesz. Zmieńmy temat.
-No dobra, a ty opowiadaj co dzisiaj robiłaś.
-W sumie nic ciekawego.
-Jak to nic?! W całym internecie o tym trąbią!
-A konkretnie?
-No jak po ciebie przyjechał i w ogóle...-rozmarzyła się-gdybym ja miała kogoś takiego...
-Rozumiem, na wszystkich portalach?
-Wymieniać? Facebook, Twitter i inne, portale plotkarskie, informacyjne. Cały internet o tym trąbi! Gdzie nie spojrzysz newsy o was! Już pisali, że kręcicie ze sobą-mówiła. Parsknęłam śmiechem.
-A ciebie co bawi?
-Nic.
-No przecież wiem, że ty coś ukrywasz. Mi nie wmówisz, znam ciebie lepiej, jak nikt inny!
-Jaasne...
-Chyba, że o czymś nie wiem.
-Nie wiesz o dzisiejszym okropnym zachowaniu Luke'a. Kiedy zamykałam drzwi, on zawołał mnie, ja odmachałam. Chiał do mnie pójść, ale kiedy zobaczył Hazzę stojącego za mną, wycofał się. A kiedy miała miejsce sytuacja pod szkołą, spojrzał na mnie dziwnie, a na loczka z nienawiścią.
-Zazdrośnik i tyle.
-Eh, miałaś rację...
-Z czym?
-Dowiesz się w swoim czasie-powiedziałam, po czym pożegnałam się z przyjaciółką.
 Wysiadłam z taksówki. Doczłapałam się do domu cioci z ciężką torbą ubrań, kosmetyków i jedzenia.
-Już wróciłaś? Co tam masz?-zapytała zaciekawiona Judy.
-Ubrania. Dla ciebie i dla mnie. Jak nie będzie ci coś pasować, to włóż coś Kelly, zostawia tutaj niektóre swoje rzeczy.
-Zadzwonię tylko do mamy-wyciągnęła telefon. Jej matka pozwoliła nocować.
-A gdzie chłopcy?
-Pojechali na koncert-rzeczywiście. Jak mogłam zapomnieć?
  Odrobiłyśmy lekcje, przynajmniej część. Włączyłyśmy sobie jakiś film romantyczny. Był nudny, ale na zabicie czasu zawsze coś. Kelly miała przyjechać następnego dnia wieczorem, więc jeszcze trzeba było trochę w nim pobyć.
 Dom był ogromny i pięknie urządzony. Każdy pokój był i inny i każdy coraz bardziej ciekawszy. Zrobiony był w stylu góralskim-drewniane wnętrze. Cudownie to wyglądało. Ogromne żyrandole, stare, ładne, w jak najlepszym stanie meble.
-Dziękuję, że zostałaś. Musiałabym sama spędzić tutaj tę noc-szepnęłam do przechodzącej obok Judy.
-Nie ma sprawy-uśmiechnęła się-Zawsze to coś nowego. Było około 20:00. Byłam okropnie zmęczona, z resztą ona także. Przygotowałyśmy się, zjadłyśmy kolację i położyłyśmy się do łóżek. Spałyśmy w innych pokojach, a było ich sześć nie licząc pokoju kuzynki i cioci, łazienki i kuchni. Judy zajęła pokój naprzeciw mojego. Drzwi do nich były otwarte.

~~                                                                                                                     ~~
-Nie możesz tego zrobić! To nie jego wina!-krzyczałam z całych sił.
-Ach tak?!-jeszcze mocniej złapał za szyję Harry'ego, który ledwie oddychał i stał na nogach. Pistolet, cały czas był przyłożony do jego skroni.
-Puść go! Puść go, a pójdę z tobą!-wrzeszczałam. Oddaleni byli ode mnie o około 10-15 metrów.
-Nie rób tego! Idź-odezwał się loczek-Tamten znowu go mocniej ścisnął. Kolejna łza spłynęła mi po policzku. Patrzyłam to na niego, to na zielonookiego.
-To chodź tutaj!-rozkazał. Szłam wolno, ale odważnie. Na odległości około 5 metrów, poprosiłam go o wypuszczenie Stylesa. W takich chwilach trudno jest racjonalnie myśleć. Podeszłam jeszcze kawałeczek. W tamtej chwili świat nie miał dla mnie znaczenia, już nic...
-Zostaw go w spokoju!-krzyknęłam po raz kolejny.
-W spokoju? Niech więc tak będzie-warknął. 
-Uciekaj-jęknął loczek i to było ostatnim słowem, które wypowiedział. Nacisnął spust...Głuchy strzał...
___________________________________________________________________
Chciałabym podziękować osobom, które czytają tego bloga. Troszkę dłuższy. ;d Do miłego! Pozdrawiam.

2 komentarze:

  1. O bosh..ten początek *_____________________*
    HAhaha cudowny, zresztą koniec..mam nadzieję, że to tylko sen :(((
    Ale się działo...OMG...oni się pocałowali O.O
    Czekam z niecierpliwością na następny!! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Heh Harry <3
    Rozdział bardzo wzruszający i słodki :-)
    Czekam na następny ;-)
    Larry

    OdpowiedzUsuń