niedziela, 1 grudnia 2013

Rozdział: 24

-Dziękuję kochana-powiedziałam między łyknięciami wywaru, którego przygotowaniem zajęła się Judy-Co to?
-Em...coś na uspokojenie i gorączkę. Jakiś lek-ostatnie dwa słowa starała się mówić tak cicho, abym tylko nie usłyszała.
-Jakiś lek, powiadasz?..Ehh... To ty nie wiesz co podajesz?-zatrzymałam się, po czym dodałam-Wariatka z ciebie.
-Wiem-uśmiechnęła się-Ale wiesz...Przestraszyłam się. Krzyczałaś, a kiedy przyszłam, jakbyś się szarpała. To okropnie wyglądało...bo ty..-resztę dokończyła szeptem-ty płakałaś, rozpaczliwie płakałaś!-widząc to, co ujrzałam..(we śnie rzecz jasna) było nie do zniesienia. Potem widziałam loczka. Leżał w bezruchu, jego wargi stawały się być sine. Wokół czerwona ciecz. Klęczałam przed nim, błagałam, żeby się obudził, ale nie reagował. To na nic. Złapałam go za jego lodowatą dłoń i przyłożyłam do swego policzka. A za mną słychać było piski opon i sygnały-tchórz uciekał przed policją. A potem? Potem czułam dłonie, silne dłonie, które ciągnął mnie. Odsuwają mnie od niego. Wyciągają czarny worek... Odsuwają, od tego kochanego loczka i już nigdy, ale to nigdy, nie zamienię z nim żądnego słowa. Ale nie, to nie może być możliwe...to nie może być prwadą, to się nie dzieje, jak mogę znów utracić ukochanego? Ukochałam ojca, teraz go-i wszystkich ich straciłam. To już nie będzie to samo. Tego, którego nigdy wcześniej nie miałam-odszedł na zawsze i już nie wróci. Lęk przed przyszłością, był coraz silniejszy. Łkanie, wyrywanie się niczego nie daje. Wyrywam się, dobiegam do niego..próbuję jeszcze coś zrobić, ale to na nic. Szepce jeszcze na pożegnanie:  'Bywaj, czekaj tam na mnie'
 I tak oto nie mogłam tego znieść.
-A to Amerykę odkryłaś...-mruknęłam.
-Dobra, idź, odpoczywaj.

  Zaczęłam mrugać oczami, aby sobie w jakimś stopniu wyostrzyć wzrok. Czułam się, jakby mnie z krzyża zdjęto. Spróbowałam wyjść z pościeli. Ze wstaniem było ciężej, a po, jeszcze gorzej. Świat zaczął mi wirować, nie utrzymałam równowagi (wierzcie, w tamtym stanie, to nie było mowy o czymkolwiek). Kiedy leciałam, ktoś z boku podbiegł do mnie i złapał. Przez tamtą chwilę myślałam, że trzyma mnie ktoś zaufany.
"A mogłam przecież od razu spojrzeć..."
Otworzyłam oczy...
Nie wiem czego on ode mnie chciał, ale nie miałam najmniejszej ochoty na przeprowadzanie z nim rozmowy. Jakiejkolwiek rozmowy. Ale cóż... Kiedy wracałam na równe nogi, próbowałam samodzielnie dotrzeć do kuchni. Czołgając się, turlając ze schodów-nie ważne. Ważne, że nie dzięki niemu.
-Zostaw-szturchnęłam go po dłoniach. Zabrał je, a ja o własnych siłach doszłam do schodów.
-Skąd ty się tutaj wziąłeś? Czego chcesz?
-Judy, zadzwoniła...-zaczął.
-Judy, ach tak? Wiesz co? Nie kończ. Idź.
-Posłuchaj...-próbował dojść do słowa.
-Nie Luke...To ty mnie posłuchaj. Zachowujesz się jak małe dziecko. Obrażasz się. Kiedy tylko widzisz mnie i Harry'ego, to jesteś wściekły. Patrzysz z nienawiścią. A teraz przychodzisz? Nawet nieszczęsnego przepraszam nie usłyszałam.
-No wiesz, ale gdybyś dała mi dojść do sł...-uniósł ton.
-Nie kończ. Wyjdź...-szepnęłam i kierowałam się do kuchni, na nogach, o własnych siłach a on stał za mną-nie powiedział nic. Z trzema talerzami czekała Judy, ale widząc brak chłopaka, natychmiast odłożyła ostatnią porcję. Jadłyśmy w ciszy, póki nie przerwała:
-Lepiej się czujesz?
-Wiesz mój znachorze... Po twoich naparkach czułam się raczej tragicznie.
-Wiesz, ja tam myślę, że wcale tak źle nie było-uśmiechnęła się.


  Kierowałam się ku stajni. Konie same by się nie wyczyściły. Podeszłam do pierwszego, nazywał się Optimus. Weszłam do boksu, zaczęłam go szczotkować.
-Jak ci idzie?-zapytał Luke.
-Znowu ty? Czy musisz wszędzie za mną chodzić?-odpowiedzią na moje pytanie był jego uśmiech-Czego chcesz?
-Musimy porozmawiać.
-Wydaje mi się, że nie mamy o czym.
-Mamy, uwierz-mamy. Posłuchaj...no nie wiem od czego by tu zacząć. W sumie nie mam nic do stracenia...słuchaj...-wziął głęboki wdech-ehh..ja ciebie lubię, tylko wiesz, tak bardziej-czyli tylko ja jedyna się nie domyśliłam?
-Wiem, dzięki, każdy mi to mówi. Po za tym, jeszcze nigdy nie usłyszałam bardziej szczeniackiego wyznania-powiedziałam obojętnie, trochę złości w tym było. Chciałam ponownie wejść do boksu, ale ten złapał mnie za rękę. Zajęta tym chłopakiem, nie usłyszałam jak ktoś wjeżdża na posiadłość.
-No nie zgrywaj niedostępnej-przyciągnął mnie do siebie.
-Nie zgrywam niedostępnej i daj mi trochę przestrzeni osobistej!-uniosłam głos. Dwie dłonie położył na moich policzkach, zbliżył usta i przymrużył oczy. Gwałtownie się odsunęłam.
-Nie, ja nie mogę!
-No daj mi...poka...
-Nie. Odsuń się ode mnie. Nie dotykaj mnie!-krzyknęłam i wybiegłam ze stajni-wynoś się!
  Na podwórku stał już samochód chłopców. Wbiegłam więc do domu, z hukiem zamykając drzwi. Wszyscy wyszli z salonu.
-Co się tak patrzycie?-rzuciłam, po czym weszłam do pokoju i zamknęłam drzwi. Rozłożyłam się na na łóżku. 
Dlaczego to zawsze muszę być ja? Mam już tego dosyć! Prawie każdy zawsze coś ode mnie chce. Nie mam już siły. Nikt go o nic nie prosił, a już na pewno nie ja. Co on sobie myślał? Przecież to jakieś chore...
-Wejść-rozkazałam po usłyszeniu pukania. Zza drzwi wyłonił się Liam i Zayn.
-Co się stało?-zapytał Li. Obok mnie usiadł Daddy, a naprzeciw na krześle Malik. Machnęłam ręką.
-Nie ma o czym mówić. Myślałam, że jest godny zaufania. Byłam w ogromnym błędzie, dopiero teraz do mnie to doszło.
-siedzieli przez chwilę na swoich miejscach, Malik gwałtownie wstał-No to będziemy mieć z nim do porozmawiania-powiedział Zayn-Idziemy Liam, laluś posunął się za daleko.
-Czekajcie! Wy myślicie o Harry'm?-zatrzymałam ich.
Pokiwali twierdząco głową, a ja zaczęłam się śmiać.
-Nie chodzi tu o Hazzę. Jeśli nie macie pojęcia o kogo-nie przejmujcie się. Dowiecie się w swoim czasie-zapewniłam ich.
-Dobrze, to chociaż zejdź z nami na dół-zaproponował Zayn.
-Nie, dzięki. Pobędę sama. A wy lećcie-ponagliłam ruchem ręki.


  Następnego dnia miał być pierwszy dzień marca. Miałam szczerą nadzieję, że śnieg zacznie w końcu znikać. W końcu powinno zbliżać się do wiosny, nie powracać do zimy...
-Droga panno! Pokażesz nam w końcu co potrafisz?-usłyszałam srogi głos nauczycielki W-Fu. Swoje słowa kierowała do mnie. Ania szturchnęła mnie, a Judy stojąc za profesorką, próbowała mi pokazać o co chodzi. Podeszłam na środek i zrobiłam swoje.
-Dziękuję-poszła okrążyć klasę. Kolejny raz to samo... Mogłaby zarządzić siatkówkę, nogę, nie wiadomo co, ale nie to!
-Ta kobieta jest chyba od tego uzależniona. Na każdej lekcji to samo-szepnęłam do Ani i Judy.
-Każdy tak sądzi-odpowiedziała Ania.
-Ale wiesz, wszyscy boją się jej tego powiedzieć. Ona jest straszna-dodała Judy.
-Pani profesor!-zawołała Camille patrząc na mnie.
-Słucham?-zapytała wrogo wuefistka. 
-Emily twierdzi, że pani W-F jest nudny i monotonny, cały czas jest to samo. Proszę coś zrobić z tym pani profesor!-naskarżyła. Nauczycielka wyjrzała zza okularów.
-Wystąp-rozkazała mi-Czy to prawda?
-Tak-odpowiedziałam normalnie. Nie dałam po sobie znaku dziwnego lęku, przed postrachem uczniów. Szeroko otworzyła oczy, po czym powiedziała:
-A więc. Przyjechałaś z Polski, tak? Opowiedz proszę, co tam robiłaś, jak ci się tutaj nie podoba.
 Pięknie, niezły popis! Ale od kiedy przyszłam do tej szkoły, prawie bez ustanku było to samo. Trzeba było coś z tym zrobić, ale nie wiedziałam jak. Nadarzyła się świetna okazja.
-A różne rzeczy. Siatkówka, koszykówka, piłka nożna, ręczna, rzuty kulą, dyskiem...można by tu wymieniać, stanie na rękach też było. Moja szkoła dbała o to, by lekcje W-Fu były urozmaicone. Zresztą jak i inne.
-Coś takiego!-wykrzyknęła i rozejrzała się po wszystkich uczniach-Po tylu latach pracy, słyszę coś takiego! Uczennica mówi co ma być na lekcji! Już sama nie wiem! Chociaż...Ale wiesz co? Może i masz rację, punkt dla ciebie. Zaproponuj coś-uśmiechnęła się. Wszyscy otworzyli szeroko usta. Ona pierwszy raz w swojej karierze się uśmiechnęła. To było coś! Postępy...
-Nie uwierzyłabym, gdyby ktoś powiedział, że ta szkoła nie organizuje żadnych zawodów-zaczęłam.
-No, to nie uwierzysz. Nie ma obecnie zawodów-odpowiedziała, bezradnie rozkładając ręce. Opowiedziałam jej o różnych dyscyplinach sportowych-szkolnych. Wiadomo-wiedziała, ale w jakich konkursach moglibyśmy wziąć udział. O to mi chodziło. Mieliśmy 2 godziny pod rząd. Rozporządziła więc, że zapisze naszą szkołę i w tym samym dniu i następnych, sprawdzi uczniów, którzy mogliby się do tego nadawać. Nie tylko naszej klasy, ale również i innych.
  Kolejne lekcje schodziły wolno i nudnie, ale na ostatniej, kiedy usłyszeliśmy o następnym, wolnym dniu, czas minął szybciej.


-No nie wierzę! Czy wy to słyszałyście?! Będę w reprezentacji siatkówki!-wykrzyknęła Ania.
-Ja z tobą nożnej-zwróciła się do mnie Judy-Albo jeszcze załapię się na koszykówkę.
-Ja się wam dziwię, jak wy możecie lubić te kopanie piłki. Przecież to bez sensu...
-Aniu droga, ten sport trzeba lubić-odpowiedziałam. Było to już po szkole, zaproponowałam gofry, a że wszelkie słodkości uwielbiamy (można by było powiedzieć, że to nasza pasja) skusiłyśmy się. Siedząc w kawiarni omawiałyśmy wszystkie zmiany zapoczątkowane skargą Camille. Posiedziałyśmy chyba godzinkę. Judy musiała wracać.
-Ania, jedziesz ze mną do domu Basi?-zapytałam.
-Jasne. Mama na pewno pozwoli-uśmiechnęła się. Zamówiłyśmy taksówkę. Czekałyśmy oczywiście pół godziny, bo jak można by było szybciej, prawda? 


-Nie mam pojęcia. Po prostu nie chcę. A czy muszę tam iść? Jedźcie beze mnie-próbowałam dalej wmówić chłopakom i Ani, że nigdzie mnie nie wyciągnął, nie mam zamiaru się ruszać.
-No chodź! Już ciebie proszę chyba 10 minut, zobaczysz! Rozerwiesz się!-namawiała mnie przyjaciółka.
-Ale Kelly...-zaczęłam. Liam wyciągnął swój telefon i pokazał wiadomość, w której kuzynka już wie i spokojnie możemy iść. Nie było już żadnej opcji odmowy-w końcu się zgodziłam. Było po 21. Poszłam do łazienki ogarnąć się przed wyjściem. Nałożyłam ciemną sukienkę, po czym weszłam do pokoju, gdzie już na mnie czekali.
-No kochana! Wyrwiesz wszystkich-wyszczerzyła się Ania.
-Jakoś nie mam ochoty-mruknęłam. Według mnie wyglądała o niebo lepiej. Musiała oczywiście zajechać do domu po sukienkę, jakby inaczej? Ubrani i gotowi wyszliśmy z domu. W pierwszym samochodzie za kółkiem siedział Harry, a w drugim Liam. Osobiście wolałam Daddy'ego, ale cóż, oczętom zielonookiego trudno jest odmówić. Siedziałam z przodu, obok kierowcy. Za mną siedział Louis, cały czas żartujący, na środku królowa moich bajek-Anna, cudownie wyglądająca, a u jej boku, piękny, jej irlandzki książę. Liam i Zayn, pojechali drugim samochodem, mieli podjechać po swoich znajomych. Już w mieście, na światłach, Hazz spojrzał na mnie tak, że aż przeszył mnie dziwny dreszcz. Uśmiechnął się i przygryzł lekko wargę. Uśmiech oczywiście odwzajemniłam. Aby wybrnąć z tej niekomfortowej sytuacji, spojrzałam na światła-zaczęło jarzyć się zielone.
-Samochody ruszają, łap za kółko-szturchnęłam go lekko.
-Jak tylko sobie życzysz-odpowiedział. 
   Podjechaliśmy pod ogromną posiadłość. Brama się otworzyła i zaczęła się droga pod ogromnymi drzewami. Aleja wyglądała przecudnie. Czasem za jakimś pniem "wyrastał" kolejny cudownie zdobiony lampion. 
"Jeśli zimą wygląda to tak cudownie, to wiosną będzie tutaj jak w bajce."
Harry wjechał na oświetlony po bokach podjazd. Zatrzymał się, po czym wyszedł razem z Niall'em i Louis'em. Blondyn otworzył drzwi Ani, a mi loczek. Obaj złapali nas za ręce i delikatnie pomogli wysiąść. Dygnęłyśmy z gracją na podziękowanie. Kierowali nas ku ogromnemu domowi. Co by tu dużo pisać. Dom-cudo. Przez okna widać było różnokolorowe światła. Zaprosili nas do środka. Impreza już się zaczęła... Naszym oczom ukazał się tłum ludzi, oczywiście świetnie bawiących się. Chłopcy zapoznali nas z niektórymi i kazali się rozgościć. Czułyśmy się nieswojo, widząc tyle nieznanych twarzy. 
-Chodź tam-wskazała Ania. Miejscem, do którego się kierowałyśmy był bar. Usiadłyśmy na wysokich stołeczkach.
-Mówiłam ci, aby tutaj nie przychodzić-szepnęłam.
-Proszę cię, zobaczysz, będzie fajnie, jeszcze się rozkręci-co do tego, w tamtej chwili miałam wątpliwości.
-Coś dla pań?-spytał barman, uśmiechając się do nas.
-Dwa drinki-powiedziała Ania, szybko skarciłam ją wzrokiem, więc dodała jeszcze-bezalkoholowe-nie chciało mi się niczego pić, ale w końcu nic innego do roboty nie było. Nie miałyśmy co ze sobą zrobić, tyle ludzi wokoło. Zagadać-nie ma mowy! Pozostały nam tylko pogaduchy. Rozmawiałyśmy spokojnie, kiedy przyjaciółka szturchnęła mnie i wskazała głową na schody. Po nich stąpał Harry. Wyglądał jak bóstwo. Cudowny anioł, którego piękniejszego od niego innego być nie mogło. Swoim wyglądem, zniewolił wszystkie, ale to wszystkie-bez wyjątku dziewczyny, które tam były. Zostałyśmy kompletnie zahipnotyzowane. Jednym klaśnięciem przywołał wszystko-i wszystkich-do porządku, choć nie było całkowitej pewności.
-I co? Będziesz tańczył?-zapytał Niall.
-Tak-odparł.
-To będzie ostro!-zaśmiał się Lou. Loczek kierował się ku większej, jakby to ująć-gromadzie dziewczyn, w której znajdowałyśmy się ja i Anka. Puszczanie oczek, urocze spojrzenia-nie wywierały na nim większego wrażenia. Przechodził jak wilk, szukając zdobyczy do tańca, tylko że w tym wypadku, owce same pchały się do jego gardła i już kroczył do swojej ofiary. Szedł poprzez tłum dziewczyn, patrząc w naszą stronę-moją i przyjaciółki.
"Czy to ja zawsze muszę być tą watą cukrową?"
-Wybaczcie drogie panie, ale ten taniec jest już zarezerwowany-powiedział do reszty, podszedł i wyciągnął do mnie rękę.
___________________________________________________
Cześć wszystkim! Wybaczcie, że wczoraj wieczorem nie było, ale uwierzcie nie dałam rady napisać. Serdecznie Was pozdrawiam, zachęcam do czytania kolejnych rozdziałów i komentowania-mobilizuje. ;)

2 komentarze:

  1. Super!
    Jak zwykle bosko!
    Czekam z niecierpliwością na następny!
    W.E

    OdpowiedzUsuń
  2. Awwwww to zakończenie :3
    Mam nadzieję, że coś jeszcze się wydarzy podczas tej imprezy hahahahhaha XD trochę za mało Liama i Zayna, ale tak to cudownie :D

    OdpowiedzUsuń