wtorek, 21 stycznia 2014

Rozdział: 29

To wszystko działo się za szybko. Jeszcze nie doszłam do siebie po wczorajszym dniu, a ja ponownie go spotykam. Jakie ja miałam szczęście, że nie szłam sama. W innym wypadku na pewno by do mnie podszedł. I on myślał, że go nie widzę?
W każdym razie nie tylko on mi zaprzątał głowę. Luke. Ten to przechodził sam siebie. Nie mówiąc już o tamtym wieczorze. Dlaczego ja go musiałam spotkać? Szpital powinien być jednym z tych bezpieczniejszych miejsc. Dłonie i nadgarstki nadal mnie bolały, a przy 'obronie' mamy, jeszcze bardziej je sobie okaleczyłam.
Wracając. Czułam się idiotycznie. Po rozmowie odbytej w szkole. Zamiast skończyć tę znajomość, ja już trzeci raz daję jej szansę. Głupia ja, potrafiłam mu wybaczyć.
Ta szansa jest ostatnia-trzecia i ostatnia...
-Dobrze się czujesz? Cały dzień jesteś jakaś nieprzytomna-machnęła ręką przed moimi oczami Judy, po czym się odsunęła i zaczęła coś krzyczeć. Jej głos rozniósł się echem po ogromnej hali. Wybiegła przede mnie i widząc brak ruchu niedaleko nas, znów podeszła do mnie.
-Hm? Kto ci tak głowę zaprząta?-uśmiechnęła się.
Raczej co. Zresztą rozmyślanie nie było jedynym efektem braku moich działań.
Byłam niewyspana. Jeśli to w ogóle można było nazwać spaniem. Podczas 2 godzin snu, ani trochę nie wypoczniesz.
-Ty powinnaś biegać, hallo! A nie stać tutaj ze mną.
-Może i powinnam-odpowiedziałam cicho.
-No tak. W takim stanie, to byłby cud, jak nie upadłabyś.-podbiegła dalej, podając piłkę i z powrotem wracając do mnie-Czy ty w ogóle mnie słuchasz?
Wywróciłam oczami.
-Tak. Doskonale słyszę każde twoje słowo.
-Słyszeć, to nie znaczy słuchać. Naprawdę, nie myśl już o tym. Może z czasem mu przejdzie. Skoro się tobą nie opiekował, to i teraz nie będzie. Pochodzi, pochodzi, a jak zobaczy brak zainteresowania swoją osobą, tutaj jako ojcem, zaprzestanie tych swoich dalszych prób.
-Tsaa..
-Chociaż, jeżeli jest tak uparty jak ty...W każdym razie, spróbuj się chociaż na czymś skupić.
Łatwo jej tak powiedzieć! Pokręciłam głową, oddalając się od niej, próbując skupić się na grze, bądź czymkolwiek z nią związanym. Cóż, powiem szczerze, że łatwo nie było.
-Trzeba coś z tobą zrobić. Zaraz mi tutaj zaśniesz. Nawet porządnie piłki kopnąć nie potrafisz. Może idź już do domu, źle wyglądasz.
-Dam radę.
-Minęło raptem 20 minut, a wyglądasz, jakbyś harowała cały dzień!
-To nic takiego...-mruknęłam.
Usłyszałam pisk, a następnie Judy.
-Emila!
-Auć!-i wtedy coś do mnie dotarło.
Osunęłam się na kolana. Moje ciało bezwładnie odbiło się od podłoża, zostawiając mnie w pozycji leżącej z podkurczonymi nagami. Zobaczyłam turlającą się obok piłkę. Ręce dotykały mojego brzucha. Ból-tak to jest trening. Sekundę później zdałam sobie sprawę, że dostałam skórzaną kulą, prosto w brzuch.
-Dostałaś piłką, mówiłam ci, żebyś odpoczęła.
Och..Serio? Nie poczułam i zapewne nie mam teraz czerwonego kółka na brzuchu. Świetnie.
-Wszystko w porządku?-no i wkracza trenerka. Rewelacja.
-Tak.
-No, panienko. Idź już do domu. Musisz naprawdę odpocząć.
-Przepraszam-usłyszałam cichy głosik spomiędzy głów pochylających się nade mną.
-Blair, nic nie szkodzi-mruknęłam wstając.
-Idziemy-wycedziła Judy ciągnąc mnie za sobą.
-Leander [1] ! Zostaw mnie, dam sobie radę!
-Właśnie widzę, wracam z tobą, zaraz mi tutaj zemdlejesz.
Rzeczywiście, mogłam sobie odpuścić naukę, jak powiedziała mama. Ale nie przypuszczałam, że ona zawsze ma rację. No może prawie zawsze.
Ten dzień wkracza chyba na listę tych dni najgorszych. Już 3 przypadki, o których chciałabym zapomnieć, och, a może los przygotował mi coś jeszcze?
-Shh...-zgięłam się w pół kiedy ból zaczął narastać.
Kątem oka zauważyłam jak moja towarzyszka ze współczuciem na mnie patrzy.
No nie jestem kaleką, heloł!
Popchnęła mnie lekko w stronę łazienek...
-Idziemy...Nie mam na ciebie sił...
Co? To ona nie ma na mnie sił? Niezły joke.
-Tak mamo.
Spojrzała na mnie wymownie, po czym znów ruszyłyśmy do WC. Nie ma to jak skończyć w łazience...
-Chodź tutaj-machnęła ręką w celu przywołania mnie do kranu z wodą. Oczywiście poniżej znajdował się mały zlew. I woda jeszcze z niego nie uciekała? To cud.
Judy uniosła moją koszulkę i wręcz zamarła w miejscu. Jej prawa ręka powędrowała na usta, oczy się rozszerzyły, a tamta dłoń którą podniosła w moją stronę, momentalnie opadła przy jej boku.
Wyglądała co najmniej jakby zobaczyła ducha...Ale nie...W tym wypadku na pewno nie.
Krew? Nie no, do krwi chyba mi nic nie zrobiła...
-Nie no, nie musi być, aż tak źle-podniosłam swoją koszulkę i spojrzałam w dół-Omg!-i wtedy zrobiło mi się słabo, kiedy już myślałam, ze padnę tam jak kłoda, znalazłam jakieś siły, że przytrzymać się ściany. To było już oklepane, och, ach i mdlenie.
Co to było? Nie licząc tego nadal podrażnionego, czerwonego miejsca, zmalował się jeszcze siniaczek...Oh. Jak słodko...Nie byle jaki siniaczek. Może nawet i wielkości tej piłki.
I wtedy zdałam sobie sprawę, że czepiam się o byle co, w taki mini sposób. To chyba przez mleko, dzisiaj rano wypiłam prawie całą butelkę...
-O czym myślisz?-spytała dochodząc do siebie.
-O nietolerancji laktozy...
-Przepraszam? Słucham, że o czym?-przechyliła głowę w bok uważnie mi się przyglądając.
-Nie ważne.
-A ten mój brzuch... Cudowny, prawda?
-Hej, nic ci nie jest?-usłyszałam za sobą zdyszaną dziewczynę.
Natychmiast odwróciłam się w jej stronę.
-O.MÓJ.BOŻE.
Jeju, ale jestem głupia... Zamiast puścić, tę biedną koszulkę, cały czas trzymałam ją podniesioną.
-Blair, to nic. Uspokój się-próbowałam. Ale kogo by to uspokoiło?
-Co? Ja mam być spokojna, Em? Przecież t-to, co masz na brzuchu, to moja wina!
-To nie jest twoja wina, po prostu za mocno kopnęłaś, a ja byłam totalnie wyłączona. Jedyną osobą, która tutaj zawiniła, jestem ja, okej?
-Ale to ja ją kopnęłam.
-Ale to nie było zamierzone. Nic się nie dzieje, jest dobrze. Siniak zniknie, a ból przejdzie. Łatwo mi przychodzą jakieś zadrapania, czy siniaki. Gdybym była wami, na pewno bym tego nie miała, uwierzcie.
-Twoja skóra jest za delikatna, kochanie-usłyszałam śmiech Judy-Aż się boję co miałabyś na sobie, chodzi mi tutaj o te twoje siniaczki, po jakimkolwiek kontakcie z chłopakiem. Ale kontakcie, chodzi mi...ekhem...intymn...
-Dość-warknęłam. Moje policzki zalały się rumieńcem.
One miały z tego niezłą uciechę.
-Między mną, a jakimkolwiek chłopakiem do takiego zbliżenia nie doszło-powoli wycedziłam każde odrębne słówko, by zapadło im to w pamięci-Zrozumiano?
-Tak, tak-Judy szturchnęła stojącą obok Blair. Zaczęły się śmiać-A Harold?
-Z kim ja żyję?
-Z nami.
-To było pytanie retoryczne, Blair.
Odkręciłam kran. Woda zaczęła wydobywać się z metalowej rurki. Zimna, przyjemna woda. Opłukałam swoją twarz, by trochę ochłonąć i orzeźwić. Nic a nic nie pomogło. Sięgnęłam po swoją torbę, w której odłożyłam chusteczki. Wyciągnęłam jedną i przetarłam delikatnie swoją twarz. Spojrzałam w lusterko-nie było źle, było wręcz...-dobrze.
Usłyszałam dźwięk odkręcającej się znów wody. Mokrą już, jednorazową chusteczkę wrzuciłam do kosza.
-Trzymaj-Judy.
-Twoja...Bandana. Po co ty ją..moczyłaś?
Ah, ja nieinteligentna. Przewróciła oczami.
-Trzymaj-nie lubiła się powtarzać.
-Dzięki.
Podniosłam znów koszulkę, i przyłożyłam zimną chustę do brzucha. Syknęłam z bólu. Naprawdę była lodowata.
-Miałaś szczęście, że nie trafiła trochę wyżej.
-Tak, z pewnością-spiorunowałam ją wzrokiem.
Zachichotała cicho.
-Byłby niezły ubaw, jeśli jacyś chłopcy przechodziliby niedaleko.


***
-Mamo! Nic mi nie jest!
-Widzę właśnie-prychnęła.
Mamo, to było niegrzeczne z twojej strony!
-Posmaruj sobie tą maścią.
-A potem może jeszcze opatulę się bandażem.
Wysłała mi wymowne spojrzenie.
-Dokładnie tak.
Uh... Wzięłam do ręki Al.. Mniejsza o nazwę.
-Będę się kleić i 'pachnieć' tym żelem.
-Skoro chcesz przez tydzień chodzić z bolącym brzuchem, a jeszcze więcej mieć ślad po tamtej sytuacji, to proszę bardzo.
-Dobra.
Mama zgrabnie podała mi bandaż elastyczny, a ja ruszyłam na górę. Weszłam do łazienki. Przeczytałam napis: Opaska elastyczna u...
Każdy wie jak to się nazywa. Podniosłam bluzkę i tuż pod biustonoszem związałam supełek. Świetnie, przynajmniej nie spadnie. Wycisnęłam trochę lodowatego żelu i zaczęłam delikatnie wsmarowywać maść w moje obolałe miejsce. Miałam już zamiar przestać, bolało niemało. Ale musiałam to wytrzymać. W końcu to tylko zwykły siniak. Wyciągnęłam bandaż z opakowania i zaczęłam nim owijać mój brzuch. Uh... Przy mocniejszym ściśnięciu..no po prostu musiałam się starać to robić tak delikatnie, jak chyba nigdy. Szybko zmyłam pozostałość po mazi i zbiegłam na dół, by oddać to mamie.
-Wszystko w porządku?-spytała.
-Zdaje się, że tak. Dzisiaj znowu go spotkałam.
-Kogo?
-No tego typka. Znaczy spotkałam...Zobaczyłam, gapił się na mnie. Mówię ci, on mnie śledzi...Przynajmniej dzisiaj.
Mama nic nie odpowiedziała, pogrążyła się w myślach. I po co ja jej to mówiłam. Czasami mam niewyparzony język.
-Dobrze więc. Idź na górę.
Zrobiłam jak kazała, ale z ociąganiem. Rozłożyłam się na łóżku. Było dobrze. Wygodnie, cicho i spokojnie. Kiedy usłyszałam dzwonek telefonu, zakryłam twarz poduszką. Chwila... Ktoś do mnie dzwonił...Natychmiast odebrałam.
-No co tam, Maleńka?-Michał?!
-Ouh...Hej.
-Kochana, nie rozmawiałaś z nami. I co my z tobą zrobimy?
-Skarbie, jeśli chcesz możemy przecież zawsze pogadać na Skype...
-Świetnie. Właśnie taką odpowiedź chciałam usłyszeć.
-No, to poczekajcie tylko komputer odpali-uśmiechnęłam się.
-Dobra, nara Maleńka.
Och. Nie ma to jak zakłócić mój spokój. Sięgnęłam po laptopa, leżał na mojej szafce nocnej. Włączyłam sprzęt i czekałam. Zdziwiło mnie jego szybkie działanie. Wow.
Włączyłam Skype i widziałam masę dostępnych ludzi. Dawno nie używałam tego urządzenia. Oh, chłopaczek dzwoni.
-Halo?-pierwsza zaczęłam konwersację.
-No co tam, Mała?-usłyszałam jego głos. Eh, nic  nas ze sobą nie łączyło i nie łączy. Po prostu taki przyjaciel.
-Ej! My też mamy prawo do głosu-Magda. Natychmiast włączyła kamerkę, ja zaś zapaliłam lampkę i zrobiłam to samo. Rozwiązałam bluzkę, by swobodnie opadła na mój brzuch Oni nie mogli tego zobaczyć.
-Boże! Jak ty się zmieniłaś!-uczuciowa Magdusia-Jak ci włosy pociemniały...
-Nie przesadzaj-mruknęłam.
-Ej, ona ma rację.
-Ada, chyba wiedziałabym je...
-Słuchaj ty widzisz siebie codziennie, dlatego szczegółów nie dostrzegasz.
-No, taka piękniutka..
-Michał, spadaj.
-Taka prawda.
-Oj. Weź, bo się zarumienię....-mrugnęłam parę razy rzęsami.
W odpowiedzi dostałam buziaczka. Ojej.
Podczas, gdy z nimi rozmawiałam, odwiedziłam parę stron internetowych-plotkarskich. I na wszystkich były artykuły, między innymi: 'Harry Styles ma dziewczynę?' , 'Kolejna panienka wokalisty?' itd... To było żałosne. Nawet nie chciałam otwierać żadnego z tych linków. Wyolbrzymianie spraw i zapewne wiele różnych ploteczek na nasz temat. Och, ile ja bym mogła się dowiedzieć!
Uh...Muszę odpocząć.


***

-Przepraszam za brak pracy domowej, pani profesor. Źle się czułam-odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
-Dobrze-uśmiechnęła się-Podejdź do swojego stanowiska.
Uwielbiałam nauczycieli tutaj. Powiesz im, że nie mogłeś, zapomniałeś, i kłopotów nie robią. Ogólnie nauka tutaj, jest o wiele przyjemniejsza. Na lekcjach typu-fizyka, chemia-zamiast teorii jest praktyka. To uwielbiam. Zajęcia z gotowaniem, technika, jakieś nauki o obsłudze. Różni ludzie przychodzą na zajęcia, tłumaczą nam wiele. Niektóre wykłady są nudne, a niektóre wciągające. Parę dni temu był mężczyzna, który mówił o narkomanii. Tak, temat wykręcony, ale pokazał, jak kończą ci, którzy korzystają z tego typu używek, i nawet się w to wciągnęłam. Znaczy nie w narkomanię oczywiście, ale w jego wykład. Przykładał się do tego co mówił. No cóż, wszyscy słuchali i uważnie się mu przyglądali, jakby od tego miało zależeć ich życie. Nie interesujące, ale są uroki nauki w Anglii. No cóż, następnego dnia idziemy na paintball. Zresztą często się gdzieś tutaj wychodzi. Te szkoły to azyl. Ostatnia lekcja chemii i wreszcie do domu.
  No i zabrzmiał dzwonek. Wreszcie wracam do domu, tylko tyle było mi potrzeba-odpoczynku. Nie wytrzymałam. Po prostu przeczytałam tamte linki i komentarze. I wtedy zobaczyłam, że nie jest źle. Prócz tych komentarzy typu: 'Co?' Nie wymienię więcej, są tragiczne, ale było o wiele więcej tych przyjaznych.
Było już późno. Słońce schowało się za horyzontem. Wracałam sama. Samotnie, jak mi się wydawało będę miała więcej czasu na przemyślenia. Które i tak zdawały się krążyć wokół tych niepożądanych.


***
PAINTBALL-uwielbiam to. Szaleństwo. Masakra, bez krwi. 'Rzeź' nieumiejętnych osóbek. Innymi słowy-moje zwycięstwo. Tak, moja skromność...
-Jezu! Ciebie jeszcze nikt nie trafił!-pisnęła Blair.
-Jak zaczniesz mnie zagadywać to się to zmieni...-mruknęłam rozglądając się wokół. Jak się cieszyłam, ze w tym lesie były grube pnie! Stare, dobre drzewa, sporo ich było.
-A właśnie. Annie i Judy potrzebują pomocy. Aha! Lesley i Sue są z nimi...-zatrzymała się-No i ja też! Chłopcy do nas strzelają nie mamy szans!
Ehh... Cóż trzeba było iść na ogień.
-Dobra...-podążyłam za nią. 
Kiedy tak za nią dreptałam-uważałam. Dlatego ani razu nikt mnie nie trafił, a ona po drodze dostała dwa razy.
-Ej może rozglądaj się i unikaj tych strzałów-kiedy to szepnęłam, natychmiast się skuliłam i podbiegłam za najbliższe drzewo.
Blair szła w moją stronę z kolejną plamą.
-Dzięki-mruknęła.
-Mówiłam, żebyś uważała-uśmiechnęłam się niewinnie.
Zobaczyłam je. Ukrywały się za ogromnym kamieniem, były niedaleko. Szybko do nich podbiegłam, Blair była tuż za mną.
-No, to jaki macie plan?-spytałam natychmiast.
-My? My nawet wyjść nie możemy. Kiedy tylko się wychylimy, ktoś do nas strzela-Judy chyba nie wierzyła w naszą potęgę.
-Dobra. Jedna z was musi się na chwilę wychylić. Ale bez broni w ręku. Reszta ma się rozglądać i powiedzieć, czy kogoś zauważyły. Jeśli ktoś się wyłoni, 'przynęta' natychmiast schyla się, a ja...No chyba, ze wy też chcecie, strzelamy do wroga, jasne?
-Tak-odpowiedziały chórem.
-No, to świetnie.
-A kto będzie naszą przynętą?-spytała Lesley.
-Blair-odpowiedziałam automatycznie i bez namysłu.
-Co?! Dlaczego ja?
-Bo najwięcej razy ciebie trafili. Ciesz się, że nie gramy normalnie. Po pierwszym strzale byłabyś już wyeliminowana. Jednak weź ten marker, pomyślą, że coś knujemy...
Szczerze? Już na pewno wiedzieli.
-Na trzy, Blair-poinstruowałam. Kiwnęła głową w odpowiedzi.
-Raz...dwa...trzy!
Jak na zawołanie stanęła ponad głazem. Dziewczyny zaczynały wyglądać.
-Jest!-szepnęła Sue. Blair się schyliła, a ja wycelowałam w chłopaka. Dostał, ale nie uciekł, ani się nie przewrócił tylko zachwiał. Korzystając z okazji, zaczełyśmy do niego strzelać. 
Au! Dostał z 7 razy.
-Ha! Dostał w serducho!
-Dobry pomysł.
Tak, wiele zasługuję swojej taktyce, której nie mam. Tak jakoś samo wychodzi...
-Nie możemy się ukrywać, trzeba ruszać.
Bałam się z tamtej strony tylko jednego-właśnie Luke'a. Miał chyba tylko dwie plamy na torsie. Nigdzie więcej.
  I kiedy już myślałam, że ten mój pomysł był do bani i przegramy, dziewczyny zmogły swoją siłę, dzięki pewnej, dla mnie krępującej sytuacji...
~~
Ja i Sue, poszłyśmy razem, Blair z Anią, a Judy z Lesley. Nasze grupki, poszły w inne strony. Ania również dobrze radziła sobie w tej grze, więc mało doświadczona w tym Blair, była z nią. Drużyna chłopaków, na której czele był..ughh-Luke, chyba się tego nie spodziewała. Nie spodziewała się naszego wyjścia i dobrego chowania się,  jednak próbowali w nas trafić. Dziewczyny całkiem nieźle się skrywały. Ale kiedy Lesley dostała, wnerwiona Blair wyszła z kryjówki. Ania nie wiedząc co ma robić, kompletnie zdezorientowana ruszyła za Blair, by ją powstrzymać. Judy, kiedy kierowała się w naszą stronę, została również trafiona, co tym bardziej rozzłościło Sue. I tak były na linii ognia. Nie wiedziałam co mam robić, więc próbowałam do nich dołączyć. Trafiałam w chłopaków, dziewczyny się jakoś zbierały, i zaczęły szukać kryjówek. Ja miałam być tą, co odwróci ich uwagę, ale nie wiedziałam, że wszyscy chłopcy skupią się na mnie. Byłam blisko drzew, ale i tak by mnie trafili, więc zaczęłam się ruszać i kiedy czułam, że zaraz będę cała w różnobarwnych kolorach, ktoś mnie złapał i upadłam.  Mój bolący brzuch się odezwał. 
Zaraz po tym usłyszałam:
-Hej, wstawaj!
-Kapitan się tak nie zachowuje!
-Pomagasz wrogowi!
Na początku myślałam, że to któraś z naszych, ale kiedy usłyszałam 'kapitan'..uh. Poczułam jak ktoś stawia mnie na nogi. Odwróciłam się w jego stronę... No i mnie nic nie zadziwiło. 
Oh Luke, myślisz, że mi zaimponujesz? 
Zobaczyłam rozbawienie w jego oczach. 
Ciekawe czy się uśmiechał, cwaniaczek?
Odwrócił się do mnie plecami i pociągnął za sobą tak, abym nie mogła być trafiona, przez żadnego z jego kompanów. Schował mnie za drzewem po czym ruszył w ich stronę. Na swoich plecach miał... Raz..dwa..Doliczyłam się 17 różnych plamek. Jednak nie trafiali po jednym razie na głowę...
-Co ty zrobiłeś?-zapytał jeden z nich. 
Trzeb było przyznać, że rozmawiali całkiem głośno, co pozwalało mi na podsłuchanie ich.
-Pomogłem.
-Przeciwnikowi! To do ciebie nie dociera?
-To zabawa, nie wojna.
-Wiemy, ale...
-Rozumiem, grupą strzelać, na grupę. Ale wy wszyscy chcieliście trafić w jedną osobę. Czy nie uważacie, że to nie jest trochę... nie fair?
Och... To było jednak całkiem miłe z jego strony. 
Ale kiedy usłyszałam, słowa: 'Rozumiem, grupą strzelać, na grupę.' , zrozumiałam, że mamy z dziewczynami szansę. Szansę na zemstę/sukces...
Dałam im znać, kiedy tamci byli zajęci sobą i zaczęłyśmy ich ostrzeliwać. Nie przypuszczali, ze zrobimy coś takiego, więc to wykorzystałyśmy jak najlepiej.
~~
Ostatecznie pogodzili się ze swoją porażką. Miałyśmy świetny ubaw. Cały czas z dziewczynami rozmawiałyśmy o tym co się stało. Płeć męska zaś, udawała, że nie słyszy i zajmowała się swoimi sprawami. Czasem na nich spoglądałyśmy, a oni na nas. Zwykłe spojrzenia. Największe zainteresowanie wzbudził jednak temat związany ze mną i nim. To była dopiero sensacja. Na paintball'u byliśmy podzieleni na grupy. Nie była tam tylko nasza klasa. Wracaliśmy autobusem wynajętym na rzecz wycieczki/imprezy *niepotrzebne skreślić*. Dziewczyny siedziały z tyłu, a chłopcy z przodu. Siedzieli w takim jakby kółeczku. Każdy ze swoich siedzeń w rzędach, siadał z boku i brał udział w konwersacji. U nas wyglądało to podobnie, z tym że jeszcze miałyśmy na samym tyle więcej miejsc. Niektórzy przybijali tak zwane piątki Luke'owi, a mnie dziewczyny szturchały, ruszając wymownie brwiami. Nawet ci i te, którzy byli w innych grupach podczas gry, robili to samo.
Spojrzałam na Luke'a. Rozmawiał z nimi, był wyraźnie radosny. Nagle on odwrócił głowę i spojrzał na mnie. Mówił coś do nich, nadal się we mnie wpatrując. Uśmiechnął się szeroko ukazując biel swoich zębów. 
Och...Poczułam, że zaraz się zarumienię, więc spuściłam wzrok.
   Wysiedliśmy przed szkołą. W sumie nie było zimno, coś ponad plusem, około 3 stopni, ale granie było trudniejsze. Widziano ciebie, po odwzorowywaniu się na białym tle, szczególnie, jeśli ktoś był w plamach. Śnieg utrudniał przemieszczanie się, widać było ślady, słuch również był pomocny. Kombinezony były grubsze. Mieliśmy inne zamiary, ale ktoś powiedział o tym, i reszta jak na zawołanie zmieniła zdanie.
-Halo? Słuchasz?-Judy zaczęła machać ręką przed moją twarzą.
-Tak, tak..
Zaczęła  coś dalej mówić, raczej do całej grupy, tak więc nie przejmowałam się tym dalej. Szłyśmy wolno całą tą grupą rozmawiając. 
W pewnym momencie ktoś złapał mnie za rękę. Natychmiast się odwróciłam.
-Em, wracasz z nami...Oohh...-zatrzymała się Ania-Widzę, że masz już towarzystwo-w jej głosie dosłyszałam nutkę podniecenia.
______
 Leander [1] - nazwisko Judy

wtorek, 7 stycznia 2014

Rozdział: 28

-Słucham?!-krzyknęła Ania wypluwając z ust napój, który przed chwilą jej podałam. Wyglądało to dość dziwnie, ale przynajmniej wypłynęło z powrotem do szklanki. Wzięłam od niej naczynie i powoli schodziłam w dół po schodach, aby dojść do kuchni. Słyszałam jej szybkie kroki tuż za mną. To było wiadome, że nadal osłupiała pójdzie za mną.
-Jak on śmiał?! Nie spodziewałam się tego po nim-stwierdziła-Jest uroczy...przynajmniej był.
Szeroko otworzyłam oczy, słysząc z jej ust słowo 'uroczy'. Miał coś takiego w sobie, ale nigdy się nad tym głębiej nie zastanawiałam. Podczas, gdy wykonywałam czynności potrzebne do (można by powiedzieć postawienia kolejnej kolejki napoju) słucham słów wypowiadanych przez dziewczynę.
-Skończony dupek! Utłukę go!-wrzasnęła i próbowała się wyszarpnąć z uścisku mojej dłoni. Spodziewałam się takiego jej zachowania, więc w ostatniej chwili złapałam ją za rękę.
-Uspokój się-powiedziałam stanowczo-Nie musisz się nad nim wyżywać. Przez to nie przywrócisz mu rozumu.
Trochę się uspokoiła, a ja puściłam jej rękę. Podałam jej napój.
-Dzięki-bąknęła.
-I to zawsze ciebie muszą spotykać takie sytuacje!-westchnęła znowu drążąc ten temat-Zawsze znajdzie się jakiś nieodpowiedni koleś, właśnie dla ciebie! Co ty w sobie masz, że przyciągasz takich palantów?!
-Uspokój się-rzekłam ostro.
Wiedziałam jak reaguje na takie sytuacje. Zawsze coś się w niej gotowało, kiedy słyszała podobne, nowe nowinki. Szanowałam to, kiedy stawała w mojej obronie, ale czasem przesadzała. Po chwili ciszy znów się odezwała:
-Pamiętam... Zawsze miałaś pecha do chłopaków. Nie trafiałaś na tych co zwą się 'książętami z bajki'. Ani innych, podobnych do nich. Przyciągałaś do siebie można by powiedzieć, tę ciemną stronę-wtargnęła się krótka pauza, między jej zdaniami-Jak my się o ciebie martwiłyśmy...-położyła dłoń na ustach, kciukiem pocierając policzki, próbując zagłuszyć westchnienia oraz zetrzeć łzy-Oh, mała Ema!-rzuciła mi się na szyję odstawiając szklankę na blacie. Mocno ją przytuliłam.
Martwiłam się o nią. Zawsze bardziej przejmowała się moimi rozterkami, niż własnymi problemami. Miała gdzieś swoje życie, zanim nie pomogła 'naprawić się' mojemu.
-Ugh..przepraszam...-szepnęła, dalej będąc w moim uścisku. Traktowała mnie jak siostrę, co ja odwzajemniałam. Strasznie nie podobało mi się to zdrobnienie 'Ema'. Była w tym nielicznym gronie, którym pozwalałam się tak nazywać. Zapomniała się, więc przeprosiła. Zawsze tak robiła.
-Bardziej się przejmujesz mną, niż sobą. Ja sobie jakoś poradzę. Jeżeli kiedyś pójdę na dno, nie mogę pociągnąć ciebie za sobą-powiedziałam.
-Zawsze będziemy w tym razem-uśmiechnęła się tym samym kończąc swój stan. Była moją podporą, zawsze mogłam na nią liczyć. Tylko, że ona nawet nie wiedziała, jak bardzo darzę ją siostrzaną miłością. Nigdy jej nie doświadczyłam, ale starałam się, by ktoś kiedyś mógł jej doświadczyć. Chociaż Ania już ją miała-miała Rosalie. Rozluźniłam uścisk, kiedy stwierdziłam, że doszła do siebie.
-Nie pozbiera się, kiedy zobaczę go gdziekolwiek-syknęła-A to już jutro...
Lubiłam kiedy tak mówiła. Starała się być wtedy twarda, przez co zawsze mnie rozśmieszała.
-Oh! Cały czas mówię o tym jednym, a przecież powinnam mówić o tym drugim-szturchnęła mnie w bok.
Cóż..wracała do siebie...
-Nie sądzisz, że to było romantyczne? On przyszedł...i ciebie obronił przed nim...-rozmarzyła się.
Nic mi nie groziło, ale z jej punktu widzenia-właśnie tak. Nie widziała zdarzenia, a miała najwięcej do gadania.
-I..jak on tak podszedł do ciebie, a tamten palant wyszedł stamtąd.
Przypomniało mi się, kiedy Harry wyszedł z budynku, a Luke wyłonił się z ciemnej uliczki.
-To było takie...Nawet nie wiesz jak ja się cieszę, że go spotkałaś!-zaśmiała się-Teraz to nawet i ja mam mała, słodką cząstkę-pisnęła-Szkoda, ze nie rzucił mu wyzwania, to już byłoby całkiem romantyczne. Kiedy on by walczył dla ciebie...Taki twój bohater...-wyszczerzyła się.
-Tak. Harry to prawdziwy bohater-cicho powiedziałam śmiejąc się lekko z rozmarzonej Anki.


Loczek przyszedł pożegnać się z moją mamą. Na początku myśleliśmy, że także i z Anią, ale ta zaprotestowała mówiąc, iż ona również, razem z nami jedzie na lotnisko.
-Dobry wieczór, panno Elizabeth-zgrabnie się przywitał.
-Oh, przestań! Mów mi Betty-powiedziała z uśmiechem moja mama.
Szczerze mówiąc nie wiedziałam co mam myśleć. Kiedy odeszła Harry szturchnął mnie w rękę.
-Idziemy na górę?-spytał cicho odwieszając swój płaszcz.
Kiwnęłam głową. Ania została z moją mamą w kuchni. Miały coś zrobić dla chłopaków. Nie miałam bladego pojęcia co wyczarują. Pociągnął mnie w stronę schodów. Szybko znaleźliśmy się przed wejściem do pokoju. Przepuścił mnie pierwszą, po czym głośno zamknął drzwi...
*upss*
Wydało mi się, że aż za głośno...
Nie wiedziałam jak, od czego zacząć, więc tylko stałam i przyglądałam się chłopakowi. Było już późno, w moim pokoju panował półmrok. Chmury odsłoniły księżyc, którego światło idealnie padało na Harry'ego.
Idealne rysy twarzy, bujne loki, pięknie wyrzeźbione ciało...dołeczki które sprawiały moją niemałą radość.
Zaraz...zaraz....dołeczki...
Po paru minutach zdałam sobie sprawę, że przyglądam się jemu jak głupia, a on widząc mnie uśmiecha się. Zarumieniłam się. Jedynym plusem tej sytuacji było światło, które nie docierało do miejsca, w którym stałam, nie pozwalając na dojrzenie mojej twarzy.
-Może usiądziemy?-zagłuszył ciszę.
Ruszyłam w jego stronę, a on już siedział na moim łóżku. Dosiadłam się obok niego. Trochę głupio się czułam. Ani słowem się nie odezwałam, to on zaczynał jakąkolwiek konwersację, jeśli już taka miała miejsce.
-Przysuń się bliżej mnie.
Posłusznie zbliżyłam się do chłopaka. Dotknęliśmy się ramionami.
-Mam na ciebie zły widok-mruknął.
Nie wiedziałam w tamtej chwili co to miało znaczyć, ani co miał za miar zrobić...
Lewą ręką popchnął lekko moje plecy, zmuszając mnie do zajęcia pozycji stojącej. Przysunął mnie bliżej siebie tak, abym była naprzeciw niego. Nie byłam pewna co miał zamiar zrobić. Złapał mnie za udo i pociągnął w swoją stronę, kładąc je obok swojego prawego biodra, to samo zrobił z moją drugą nogą.
Skończyło się na tym, że siedziałam na jego kolanach. Moje nogi, leżały po obu stronach jego talii. Zaczął rozmowę, w którą całkowicie się wsłuchałam. W końcu mogliśmy normalnie porozmawiać, gdzie żądna nieproszona osoba nie znajdzie sobie miejsca w tej rozmowie. Wszystko co mi opowiadał, było niezmiernie ciekawe. Siedziałam z uwagą wsłuchując się w jego słowa, kiedy temat zatrzymał się na piłce nożnej.
-Chciałbym zobaczyć jak grasz-szepnął.
-Prawdopodobnie zobaczysz, bo jestem w drużynie-wypaliłam śmiejąc się.
W tamtej chwili nie pomyślałam nawet o jego reakcji. Powiedziałam nawet nie zastanawiając się, co takiego nagadałam.
Delikatnie przygryzł dolną wargę. Jego ruch był nagły. Nawet się nie zorientowałam, kiedy zatrzymałam się na jego kroczu. Szczerze mówiąc, w tamtej chwili czułam się niekomfortowo. Jedną ręką objął moje plecy. Nie mogłam się wydostać z jego uścisku, ani zmienić pozycji. Uśmiechnął się widząc moje zmagania. Musnął swoim policzkiem mój, szepcząc:
-Bardzo chciałbym zobaczyć jak się ruszasz...
Zamurowało mnie. Nie mogłam kompletnie nic z siebie wydusić. To było nie do osiągnięcia. Cmoknął mnie w policzek, by po chwili dotknąć moich ust. Złożył na nich delikatny pocałunek, który przerodził się w coś żywszego. Kompletnie się w nim zatraciłam. Nie panowałam nad ruchami-nie panowałam nad niczym. Moja ręka dotknęła jego włosów, po czym palce automatycznie wplotły się w jego loki. Widać spodobało mu się to, mruknął cicho i kontynuował dalej. Jego ręka zaczęły przemieszczać się w dół. Dłonią, zatrzymałam jego ruch, ściskając mocniej nadgarstek chłopaka. Mocno do mnie przywarł. Jeżeli nie pozwalał sobie na więcej, mogłam tak pozostać. Na moje nieszczęście to znów miało miejsce, z mała różnicą... Pozbawił mnie jakiegokolwiek ruchu ramionami. Swoją ręką trzymając moje ręce w swojej dłoni, starał się mnie przytrzymywać, abym nie zleciała z jego kolan. Drugą zaś...Ugh...Zatrzymał na moim pośladku i lekko ścisnął. Z moich ust wydobyło się niechciane, ciche jęknięcie. On miał zupełnie odmienne myśli na ten moment. Wejście mojej mamy w tedy do pokoju było ostatnim czego chciałam.
-Już wszystk...ooooo-ułamek sekundy przerwy-Już uciekam...
Automatycznie odwróciliśmy głowy w stronę drzwi. Usłyszeliśmy szybkie zbieganie ze schodów. Wybuchliśmy głośnym śmiechem, chłopak opadł na łóżko, a ja tuż obok niego.
-Nigdy więcej w moim pokoju-głośniej zaśmiałam się.
-Nie ma sprawy-ukazał swoje dołeczki.
-Zdaje mi się, że musimy już iść-zerwałam się z łóżka i ruszyłam w stronę kuchni. Tuż za mną podążał Harry. Kiedy wstąpiłam do kuchni na polikach mojej mamy, wylewał się róż.
-Oh, wy już zeszliście...Um...Myślałam, że jeszcze troch...No cóż w takim razie ja wam wręczę prowiant na drogę.
I zaczęło się przedstawienie. 'Do widzenia', 'Trzymaj się', 'Pozdrów wszystkich' itd...Moja mama nie miała litości. 'Uważajcie na siebie', 'Nie wpadnijcie w nic'...
ŻE-NA-DA
-Aha! I dla waszego tego słodkiego chłopca, blondynka. Przygotowałam więcej, na wypadek, gdyby chciał się zabrać za wasze-uśmiechnęła się szeroko.
-Mamo, nie pogrążaj się-mruknęłam wychodząc jako ostatnia.
Szczerze mówiąc nie wiedziałam, jak ten chłopak słuchając tych miłych słówek, jeszcze normalnie reagował na wszystko. Kiedy zamykałam drzwi, widziałam jak mama wspina się po schodach, aby zajrzeć do mojego pokoju. Oh, mamo!


-Chłopcy, co wy wyprawiacie?-spytałam oszołomiona ich ruchami.
-Niall nam wszystko powiedział-zabrał głos Louis.
-Ale ja nic nie mówiłem!-stwierdził blondyn zajadając się kanapką-Em, twoja mama robi świetne kanapki.
-Dzięki...No, ale powiedz przynajmniej, co im nagadałeś!-uniosłam głos.
Harry stał obok mnie i tak samo jak ja, kompletnie nie wiedział o co im chodzi. Chociaż ich ruchy były jednoznaczne, nadal nie wiedzieliśmy, na jakieś podstawie tak sądzą. Anka uśmiechnęła się tajemniczo.
-No, słucham! Co macie nam do powiedzenia? Czy my o czymś nie wiemy?-wtrąciłam się.
-Wręcz przeciwnie! Przecież jak byliście w twoim pokoju, Emila...to raczej wiecie co robiliście, nie?-rzekł Niall nie okazując żadnych uczuć, zabierając się za kolejną kanapkę.
Loczek stał osłupiały, a mnie oblał rumieniec na policzkach. Zrobiło mi się strasznie gorąco, pomimo tego, iż parę minut wcześniej trzęsłam się z zimna. Próbowałam ukryć barwę moich polików. Niestety ich kolor został zauważony nieco wcześniej...
-Czyli jednak!-krzyknął Zayn i przybił reszcie chłopaków high five'a.
-Ale my nawet nie... To nie... My... Do niczego nie doszło!-krzyknęłam-Niall! Co ci wpadło do głowy takie głupstwa opowiadać?!
-Też mnie to zdziwiło, byliście cicho... Strasznie cicho... Harry mógł się postar...-nie dokończył.
Zmroziłam go wzrokiem. Odwrócił się na pięcie i schował za resztą chłopaków i Anią.
-Wmawiajcie sobie...-usłyszałam cichy głos, nie mogłam odróżnić, kto był autorem tych dwóch słów.
-Hej! Nie było tam nikogo z was!-odezwał się Harry.
-No właśnie, Haz. Tam nikogo nie było z nas-powiedział Louis z większym akcentowaniem nikogo nie było.
Zaczęły mnie nachodzić myśli, czy aby na pewno warto z nimi zaczynać jakąkolwiek dyskusję.
-Dobra, dajcie im już spokój-odezwał się Liam-Lepiej już chodźmy.
Li zepsół chłopakom zabawę, a mnie i Hazzę można powiedzieć wyratował. Nasze pożegnanie na początku, nie było takie jak w filmach. Kto by chciał ryzykować, aby przez jakichś ludzi rozniosły się niezliczone plotki..?
Harry jednak chyba chciał...
Rzucił torby i pobiegł w moją stronę, aby jego wargi przywarły do moich ust. Objęłam go. Był ode mnie tylko nieco wyższy, co ułatwiało sprawę.
-No nie migdalcie się tak!-krzyknął Louis.
-Cześć, mała-szepnął, zanim chłopcy ruszyli w jego stronę.
-Cześć-jedynie odpowiedziałam. Obok mnie stanęła Ania, machając do nich. Posyłała buziaki Niall'owi. Spoglądałyśmy za nimi, zanim zniknęli nam z pola widzenia.
-No, chodź już. Ten czas szybko minie-uśmiechnęła się do mnie ciepło.
Miałam wielką nadzieję, że właśnie tak to się stanie.


Pożegnałam się z Anią. Każda z nas ruszyła w swoją stronę, w swoim kierunku. Nieco przyśpieszyłam kroku, aby znaleźć się jak najszybciej w swoim domu. Było już strasznie późno, nieco przed 23. Z każdym szelestem lub krokami, miałam złe przeczucia.
A jednak dotarłam szczęśliwie do domu. Przed drzwiami do domu usłyszałam łkanie. To było łaknie kobiety, w tym wypadku mojej mamy. Szybko odszukałam swoich kluczy i czym prędzej otworzyłam drewnianą powłokę. Kiedy drzwi się uchyliły, słyszałam wyraźny szloch. Jakieś ruchy, szmer butów. Cicho zamknęłam drzwi i pospiesznie ruszyłam do holu. Miałam niebywale duży dom. Kiedy stanęłam w progu, serce mi zamarło. Ukazał mi się mężczyzna, w garniturze krzyczącego coś. Trzymał wysoko  rękę, jakby chciał zaraz uderzyć moją mamę. Ona stała lekko skulona, cała zapłakana. Nie myśląc ruszyłam szybko w ich stronę.
-Gdzie to wszystko jest?!-wykrzyknął jeszcze, zanim zauważył moją obecność, ale kiedy się już tak stało, z całej siły wykręciłam jego rękę, aby przytrzymać ją na jego plecach. Wygiął się i lekko jęknął z bólu, kiedy przywarłam nim mocno do ściany. Nie panowałam nad sobą, ale cieszyłam się, że potrafiłam obezwładnić owego mężczyznę. Jego usta były rozchylone, szczęka mocno przywierała do ściany, na którą rzuciłam kolesia.
-Czego od niej chcesz?!
-Uspokój się, kochanie-szepnął.
Właśnie wtedy usłyszałam polskie słowa, wydobywające się z jego ust
-Jak śmiesz się tak do mnie odzywać?!-mocniej przycisnęłam nim do ściany. Miał około 40 lat. Może trochę mniej. Wyglądał na zadbanego mężczyznę. Nie był brzydki. Nie to, żebym leciała na jakichś starszych, ale przyznam, że jak na swój wiek wyglądał oszałamiająco dobrze. Jak na mężczyznę, oczywiście.
-Córciu, wypuść mnie-powiedział.
Lekko rozluźniłam uścisk. Nie z wysłuchania jego prośby, tylko ze zdziwienia. On nie...On nie mógł być moim ojcem, to byłoby niemożliwe...Kiedy poczuł, że nie jest już tak mocno trzymany, próbował się wydostać. W ostatniej chwili, ponownie mocniej przywarłam nim do ściany.
-Wiesz co? Nie znam ciebie. Nigdy nie byłeś moim ojcem. I czy to się tobie podoba czy nie, ja nie jestem twoją córką. Więc wynoś się!-warknęłam i przeprowadziłam go do drzwi wyjściowych. Puściłam go i otworzyłam na oścież drzwi.
-Nie wracaj mi tutaj.
-Wiesz, inaczej sobie wyobrażałem nasze pierwsze spotkanie, córeczko-powiedział próbując dotknąć mojego policzka.
Odepchnęłam go lekko i natychmiast zamknęłam przed nim drzwi, zabezpieczając je, aby nikt nie mógł wejść. Osunęłam się po drzwiach, zakrywając dłonią usta, aby jakoś stłumić wydostające się stamtąd odgłosy łkania. Mama podbiegła do mnie i mocno przytuliła.
-Daję dla ciebie zły przykład-szepnęła.
-Nie, mamo. To nie jest twoja wina...Ale powiedz...Kto to był?
Brak odpowiedzi.
-Mamo?-wstałam na równe nogi.
Dalej brak reakcji.
I wtedy mnie olśniło.
-Pokój!-krzyknęłam i rzuciłam się w stronę schodów. Wpadłam do pokoju i ujrzałam...
Właściwie to mogłam powiedzieć, że nic nie zobaczyłam-prawie nic w nim nie było. Jedynie łóżko, kwiatek, szafa, biurko...Można by powiedzieć, że podstawowe rzeczy. Moja kołdra leżała na ziemi. Schyliłam się, aby zobaczyć czy niczego nie ma pod łóżkiem-pusto. Zawsze były tam jakieś moje rzeczy. Czy to długopisy, czy wiele innych rzeczy. Kwiatek był wywrócony, ledwie leżał na parapecie. Szybko go ustawiłam w pionie. Lampka na biurku również leżała wywrócona, ją również postawiłam. Słyszałam kroki mojej mamy. Nie było mojego laptopa. Zajrzałam pod biurko. W szafkach nie było żadnych moich rzeczy. Nie było ani plecaka, ani torby. Zajrzałam do szafy-pusto, nie było tam żadnych moich ubrań. Szafki na bieliznę?-nic. Zdjęcia, ramki?-nie było. Atlasy, podręczniki, książki, ćwiczenia, mazaki, piórniki-żadnego śladu. Album?-'zginął'. Niczego nie było. Zaglądałam wszędzie-bez skutecznie. Opadłam bezsilnie na łóżko.
-Mamo? Gdzie są moje rzeczy? On je zabrał?-spytałam drżącym głosem.
-Nie, nie. Schowałam je, wszystkie twoje rzeczy są bezpieczne-odpowiedziała starając zachować opanowanie.
-Ty..t-ty wiedziałaś, że on przyjdzie? T-tak?
W odpowiedzi kiwnęła głową.
-Kim on w ogóle jest? Przecież on nie może być moim ojcem!-krzyknęłam z przerażenia-On n-nie...On nie może być moim ojcem!
Próbowałam sobie wmówić...-..cóż, kłamstwo.
Mama przysunęła się do mnie i mocno objęła.
-To jest skomplikowane...On...Oświadczył mi się. Kiedy dowiedział się o ciąży..uciekł. Uciekł jak jakiś tchórz! I wtedy poznałam...
-Mojego ojca...
-Jak wolisz-przerwała próbując wymusić uśmiech-I on mnie pokochał, jak i ciebie. Wzięliśmy ślub...i...-wtuliła się w moje ramię.
To był dla mnie cios, ale rozumiałam ją. Przynajmniej wiedziałam z jakim typem mam do czynienia.
-Już wiem, mamo. Już nic więcej nie musisz mówić...-szepnęłam mocniej ją obejmując. 
-Wyleciał do Anglii. Nie sądziłam, że jeszcze go zobaczę.
-Tak właściwie dlaczego on tu przyszedł?-wtedy doszłam do wniosku, że dobijam mamę, zadając jej kolejne pytanie, ale czasu nie da się cofnąć.
-Nie mam pojęcia. Ale chciał mieć coś twojego. Zawzięcie wszystko przeszukiwał, ale kiedy niczego nie znalazł, wściekł się. Dziękuję, że wtedy przyszłaś-uśmiechnęła się.\
-Kiedy chciałaś mi o tym powiedzieć?
-Miałam nadzieję, że on zniknie..W odpowiedzi tylko ucałowałam ją w czoło.
Zaczęłam się zastanawiać, co tak nagle skłoniło go, do odnalezienia mnie. Zaczęłam dalej wypytywać mamę. Ona spokojnie odpowiadała, zaspokajając mój głód niewiedzy. Zadawałam jej tylko te najpotrzebniejsze dla  mnie pytania-trochę ich było.
-Mamo, a swoje rzeczy dostanę?-uśmiechnęłam się blado.
-Chodź ze mną-wyciągnęła w moją stronę rękę.
Pociągnęła mnie na poddasze. Podobno miał być tam remont za jakiś czas, więcej pokoi. Zobaczyłam, że kieruję się w stronę ogromnego kartonu.
-To tutaj?
-Tak, trochę tego miałaś-westchnęła otwierając ogromny karton-Znieśmy to.
Mama wzięła jeden koniec, ja drugi. Zaczęłyśmy znosić niebywale ciężką tekturę do mojego pokoju. Postanowiłam, że wyjmę z kartonu tylko te najpotrzebniejsze rzeczy, za to następnego dnia wszystko rozpakuję. 
Łazienka była w tamtej chwili najlepszą rzeczą, dzięki której mogłam o tym wszystkim, choć na chwilę zapomnieć. Wzięłam długą, relaksującą kąpiel. Mogłam choć na chwilę odetchnąć.
_______________________________________________________
 Hejjo! :*
Przepraszam, za ten okres czasu...
Po prostu miałam pustkę w głowie...
Roiło się od wejść! Niezliczenie wiele wejść. ;p
Mam nadzieję, że podoba Wam się to, co czytacie.
Ogromnie Wam dziękuję!
Pozdrawiam! :)
PS Przepraszam za jakiekolwiek błędy! Później poprawię. ;)