Wstałam wcześnie, przed 6:00. Wstałam opierając się o łóżko. Kiedy miałam wychodzić z pokoju, rozejrzałam się jeszcze wokoło. "Zapewne już poszedł" Uśmiechnęłam się lekko. Stąpając ociężale po schodkach, usłyszałam dźwięk patelni. Mamy nie było w domu...Spodziewałam się złodzieja, wychodząc z założenia -mama w pracy-,-on poszedł-. Niespokojnie i cicho szłam s stronę kuchni. Kiedy weszłam zastałam Harry'ego.
-Hej, co tak wcześnie?-uśmiechnął się.
-H..hej. Co to za hałasy?
-Obudziłem ciebie? Ah, przepraszam, wypadła mi z ręki.
-Nie, nie przepraszaj-zaśmiałam się cicho-Kiedy schodziłam na dół usłyszałam hałas-dokończyłam, a ten kontynuował robotę.
-To ja może pójdę do łazienki-powiedziałam szybko obracając się na pięcie i wychodząc z pomieszczenia. Hazz tam stał tylko w bokserkach. Jego pięknie urzeźbiony tors, po prostu przyciągał mój wzrok. Łazienka, to było chyba jedyne wytłumaczenie. Z resztą i tak miałam tam pójść.
Wzięłam swoje ubranie z szafy po czym weszłam do łazienki. Chciałam wziąć poranny prysznic. Orzeźwiający, na pobudzenie. Usłyszałam odgłos otwierających się drzwi. Ręcznik wisiał na kabinie, więc szybko się nim owinęłam. Wyjrzałam zza drzwiczek.
-Ekhem-odchrząknęłam. On się odwrócił...
-Wow-usłyszałam. Gapił się na mnie.
-Harry, mógłbyś wyjść?-spytałam.
-Tea...chwila..
-Harry!
-Aha tak, już wychodzę, przyszedłem tylko po koszulę i spodnie-sięgnął po swoje ubrania podniósł i pokazał-Widzisz mam-uśmiechnął się.
-No masz, a co masz zrobić?
-Zajebiście wy...
-Wyjdź, proszę wyjdź-byłam załamana, zażenowana, a jednocześnie rozbawiona. Posłusznie wyszedł odwracając się jeszcze. Kiedy zamknął drzwi, szybko do nich podbiegłam, (na wszelki wypadek dalej w ręczniku) zamknęłam je. Powróciłam do poprzedniej czynności.
Weszłam do pokoju, aby wziąć telefon. Zobaczyłam wiadomość od Ani. Zgodnie z treścią sms-a zadzwoniłam do niej.
-Hej dzięki-powiedziała cicho.
-Hej kochana. Co się stało?
-Głowa mnie boli, to za pewne przestanie, ale dzisiaj nie pójdę do szkoły.
-Śniadanie gotowe-ujrzałam stojącego w progu wejścia do mojego pokoju Harry'ego.
-Słyszę, że nie jesteś sama, ani sama nie pójdziesz. Już się nie martwię. Do zobaczenia-powiedziała. Tym razem jej głos brzmiał lepiej.
-Pa.
Zeszliśmy na dół. Chłopak zrobił naleśniki. Były bardzo smaczne. Podziękowałam mu za śniadanie. Zaczęliśmy się ubierać. Wyszedł pierwszy, następnie ja zamykając drzwi. Nagle usłyszałam jak ktoś wykrzykuje moje imię. Spojrzałam w bok, to był Luke. Za pewne szedł do Tony'ego. Pomachałam mu. Popatrzyłam jeszcze na niego. Wyglądał, jakby chciał przejść przez tą jezdnię, pójść do mnie skręcił więc w bok, w moją stronę. Poczułam, że ktoś za mną stoi. Odwróciłam głowę i podniosłam ją ku górze. Hazz spuścił wzrok na mnie i się uśmiechnął, co ja odwzajemniłam. Lucas mieszkał prawie naprzeciw mnie, na tej samej ulicy, tylko po drugiej stronie. Kiedy zobaczył mnie i Harry'ego, jakby zboczył z kursu i odwrócił się w stronę domu Antony'ego. Odszedł bo zobaczył nas. To robiło się coraz dziwniejsze.
-Idziemy?-z zamyślenia wyrwał mnie loczek.
-A tak w ogóle to ty chcesz mnie odprowadzić pod szkołę? Przecież nie jestem małym dzieckiem.
-Nie jesteś. Ale podprowadzę ciebie do parku-uśmiechnął się.
Szliśmy razem rozmawiając i śmiejąc się. Doszliśmy do miejsca, w którym mieliśmy się rozejść.
-No to do zobaczenia-powiedziałam.
-Może pójdziemy gdzieś dzisiaj? Wiem! Do twojej cioci.
-Dobra...ale idź najpierw jej pomóż-uśmiechnęłam się-I weź chłopców.
-Nie ma sprawy-odrzekł.
Kiedy wchodziłam do szkoły, widziałam jak Luke i Tony idą po schodach na górę. Tony odwrócił się, ale Luke go szturchnął. Antony pomachał do mnie ukradkiem. W szatni spotkałam Judy.
-Co z nim jest?-spytała. Dałam znać, że nie wiem o kogo chodzi-No Lucas. Jakiś taki dzisiaj dziwny przyszedł do szkoły. Był taki zdenerwowany, czasem się dziwnie uśmiechał..Oschle się do mnie zwracał. Współczuję Antony'emu, jak on z nim wytrzymał-zaczęłam kojarzyć fakty. Uśmiechnięty chłopak, chcący do mnie podejść...
-Chyba wiem, o co mu chodziło...-powiedziałam niechętnie-Kiedy wychodziłam z domu, usłyszałam jak mnie woła. Odmachał mu. Chciał do mnie podejść, ale zobaczył Hazzę stojącego za mną i odwrócił się-dodałam-odwrócił się i poszedł.
-Olśniło mnie!-wykrzyknęła Judy-Może on się w tobie, heh wiesz, a kiedy zobaczył was razem, po prostu się wkurzył!-nie no! Tego było już za wiele...
-To jakiś obłęd! Ja już słyszałam opowieści o mnie i Stylesie i wierz mi, mam już tego dosyć. To słyszę o mnie i loczku, to teram o mnie i Luke'u. Po za tym, kto by mnie chciał!
-Nie mów mi teraz, że brzydka jesteś! Spójrz na mnie!-nie skomentowałam, nie doceniała dziewczyna swojej urody.
-Ja po prostu wiem, że nikt się we mnie nie zakochał. I proszę nie wmawiaj mi czegoś innego.
"Jestem nienormalna!"
-Dobra, okej, ja już nic nie mówię...
Lekcje przebiegały zgodnie z planem. Uczennice tej szkoły były bardzo sympatyczne. Niestety aura pogodowa była nie do zniesienia. Już za kilka dni marzec, a śnieg znów sypnął. Cały czas padał. Niespodziewanie na przerwie przed ostatnią lekcją i na końcowych zajęciach, loczek się do mnie dobijał. Na nieszczęsnej chemii odbyło się małe odpytywanko. Już chyba nic mogło bardziej popsuć nam humoru. Jakoś wybrnęliśmy. W końcu nie wytrzymałam. Odczytałam wiadomość na lekcji. Pytał, o której kończę, odpisałam szybko i schowałam telefon. Prawie wszystkie klasy kończyły w tedy zajęcia. I prawie wszystkie to widziały. Otóż przystanek był kilka kroków od szkoły. Ci,którzy czekali na autobus bacznie wszystko obserwowali. Ogromny dziedziniec, był mniej więcej w połowie zapełniony. Tamto wydarzenie kompletnie popsuło mi nastrój. Otóż zaczęło się od wołań: "koń, koń!". Zdziwiłam się, bo skąd mogłoby się tam wziąć te zwierzę. Wokół chodników były obsadzone drzewa. Zza roślin zaczął się wyłaniać parzystokopytny koń arabski..kary... Pokłusował do mnie i stanął. Wiercił się niespokojnie. Spojrzałam w ciemno-brązowe tęczówki, to była Flicka. Razem z Judy uspokoiłyśmy ją trochę. Podbiegły do nas cztery sympatyczne dziewczyny. Sytuacji przyglądali się uczniowie stojący na przystanku, pod szkołą, w oknach budynku-prawie wszyscy. Camille, Caroline i Olivia nie mogły przegapić tej sytuacji. Autobusy nie przyjeżdżały, był niesamowite korki, więc spokojnie można było oglądać zaistniałe wydarzenie. A do tego, to nie był koniec tak zwanych atrakcji. Znowu słychać było wołania, ale do nich dochodziły jeszcze...piski. Kiedy stałam zastanawiając się, jak ona tutaj się znalazła, odpowiedź już jechała. Słyszałam stukot kopyt, a za drzewami migającą postać siedzącą na koniu. Jechali rozpędzeni szybciej niż Flicka, a uwierzcie mi, ona gna jak szalona. Zza drzew wyłonił się Harry... Czy to nie za dużo jak na jeden dzień? Widać nie. Stąd te piski. Wszystkie dziewczyny były wniebowzięte widząc Harolda, a chłopacy pełni podziwu. Jechał na Orlandzie, jakby inaczej. Gwałtownie zahamował.
-Musimy jechać-szybko zsiadł ze zwierzęcia.
-Dlaczego ty jesteś na koniu?
-Samochód nawalił, przecież mieliśmy się dzisiaj spotkać u twojej cioci. Byłem wcześniej, obiecałem ci!-faktycznie, obietnicy dotrzymał-Nie ma czasu do stracenia!
-Ale co się stało?-pytałam dalej zdezorientowana.
-Basia...-szepnął. Już się domyśliłam. Złapał mnie za rękę i pomógł wsiąść na Flickę. Judy mnie szturchnęła i wskazała na Luke'a. Był okropnie wkurzony, jakby na cały świat. Patrzył na mnie ze złością...i czymś jeszcze, czymś milszym. Harry już dosiadł konia, a widząc jego okropne spojrzenie, sam odwdzięczył się jemu tym samym.
-Ruszamy?-spytał.
-Zabierzmy Judy-poprosiłam. Kiwnął twierdząco głową. Nie wiedziała do kogo ma usiąść. Zobaczyła mój wzrok i szybko zdecydowała się na mnie.
-Gotowe?-Judith pisnęła 'Tak' Ruszyliśmy. Musieliśmy pędzić.
-Twoja ciocia, zasłabła, karetka nie przyjeżdża, mają dużo wezwań, a do tego trudny dojazd. Twoja mama jest lekarzem, musisz coś wiedzieć!
-Postaram się-jęknęłam.
Gdy dojechaliśmy, Louis odprowadził konie, a Judy została, aby się przywitać. Miała do nas przyjść. Pobiegliśmy do domu. Kiedy Liam nas zobaczył, wyszedł na chwilę.
-Najszybciej karetka będzie za pół godziny-wyszeptał.
-A Kelly powiadomiona?-spytałam.
-Znaleźliśmy jej numer, jutro będzie-odpowiedział. Otóż owa Kelly, to córka cioci. Raz na miesiąc przyjeżdża tutaj. Nie widziałyśmy się od 5 lat. Miałyśmy ze sobą dobre kontakty. Zadzwoniłam do mamy. Powiedziała, że postara się ściągnąć karetkę i przyjechać. Dała mi instrukcje. Jeżeli Basia, poczułaby się gorzej lub nie miała pomocy medycznej..Wolałabym nie mówić co by się stało. Po kilku minutach ciocia się obudziła.
-Emilko, tak się cieszę, że ciebie widzę-ledwie powiedziała.
-Ja też ciociu cieszę się, że ciebie widzę. A teraz odpoczywaj-złapałam ją za rękę. Zamknęła oczy, oddychała, puls miała wyczuwalny, po prostu zasnęła. Kiedy zsiadałam z Flicki, bya zdenerwowana, wierciła się, nie dawała się zaprowadzić, Louis ledwie ją złapał. Pobiegłam do stajni, do mojej karej.
-Hej mała. Jak tam?-szepnęłam. Usiadłam na beli siana i łzy zaczęły napływać mi do oczu. Basia-tak ją kochałam, była dla mnie jak siostra, przyjaciółka. W każdej chwili jej stan mógłby się pogorszyć. A jeszcze do tego ten okropny śnieg! Wszystko przez tą pogodę! Twarz ukryłam w rękach. Usłyszałam czyjeś kroki. Ten ktoś usiadł obok mnie i objął.
-Wyjdzie z tego-zaczął mnie pocieszać znajomy głos z chrypką. Odpowiedzią dla niego był mój kolejny wybuch płaczu.
-A co jeśli nie zdążą? Przecież to bardzo prawdopodobne-powiedziałam dławiąc się łzami.
-Nie załamuj się. Musisz być silna. Ona chciałaby, abyś była twarda. Wytrzymaj. Zrób to dla niej i..
-I dla ciebie?-uśmiechnęłam się lekko.
-Tak, i dla mnie. Bądź silna, zobaczysz będzie dobrze-podał mi chusteczki. Wzięłam jedną, może dwie. Ogarnęłam się trochę.
-Już nie płacz-ścisnął mnie mocniej. Odwróciłam głowę w jego stronę, on w moją. Nasze czoła się zetknęły, a my uśmiechnęliśmy się. To przyciągało, nie było oporu, nie wiem jak byś się starał, tego nie zatrzymasz. Delikatnie musną moje zimne wargi, tego nie można było powstrzymać, prócz osoby trzeciej, którą w tamtym wypadku była Judy. Nie wiedziała co zrobić. Czy iść, czy zostać, kręciła się w kółko.
-Chodźmy już do środka-powiedziałam trochę rozbawiona sytuacją. Judy opowiedziała nam o polepszeniu się stanu cioci i o przyjeździe mamy z karetką. Kiedy mama mnie zobaczyła wyszła na chwilę, obok mnie stał loczek.
-Płakałaś?-zapytała zmartwiona.
-Tak, ale już jest dobrze-odpowiedziałam. Mama spojrzała na Harry'ego uśmiechnięta i puściła do niego oczko.
-Mamo, co to miało znaczyć?-spytałam.
-Nic, nic...-mruknęła.
-Mamo!
-Ja muszę już lecieć, do zobaczenia wieczorem!-pobiegła do karetki byleby tylko nie odpowiadać. Nagle coś mi się przypomniało, a raczej ktoś. Musiałam przecież zanieść zeszyty Ani. Poprosiłam chłopców i Judy o pozostanie w domu, a sama pobiegłam do Ambulansu. Poprosiłam o podwózkę. Ciocia o wiele lepiej już się czuła.
Zapukałam do drzwi. Otworzyła mi Ania, nie ta chora, a roześmiana. Kiedy weszłam, Rosalie raczkowała, robiła ogromne postępy. Weszłyśmy do pokoju Ani. Notatki były krótkie, przepisywała ok. 20 minut.
-I co mówił?-zapytała podekscytowana.
-Niall? A wiec mówił, że pięknie śpiewasz, masz piękne oczy...tylko tyle wyciągnęłam z loczka-powiedziałam, po czym spróbowałam soku.
-A! Nie mogę się obudzić, nie mogę się obudzić-szeptała.
-To nie sen, tak było na prawdę-zaśmiałam się.
-Moje marzenie! Jak myślisz podobam mu się?-szarpała moją ręką z podniecenia.
-Nie wiem, ale rękę mi zaraz rozerwiesz. Zmieńmy temat.
-No dobra, a ty opowiadaj co dzisiaj robiłaś.
-W sumie nic ciekawego.
-Jak to nic?! W całym internecie o tym trąbią!
-A konkretnie?
-No jak po ciebie przyjechał i w ogóle...-rozmarzyła się-gdybym ja miała kogoś takiego...
-Rozumiem, na wszystkich portalach?
-Wymieniać? Facebook, Twitter i inne, portale plotkarskie, informacyjne. Cały internet o tym trąbi! Gdzie nie spojrzysz newsy o was! Już pisali, że kręcicie ze sobą-mówiła. Parsknęłam śmiechem.
-A ciebie co bawi?
-Nic.
-No przecież wiem, że ty coś ukrywasz. Mi nie wmówisz, znam ciebie lepiej, jak nikt inny!
-Jaasne...
-Chyba, że o czymś nie wiem.
-Nie wiesz o dzisiejszym okropnym zachowaniu Luke'a. Kiedy zamykałam drzwi, on zawołał mnie, ja odmachałam. Chiał do mnie pójść, ale kiedy zobaczył Hazzę stojącego za mną, wycofał się. A kiedy miała miejsce sytuacja pod szkołą, spojrzał na mnie dziwnie, a na loczka z nienawiścią.
-Zazdrośnik i tyle.
-Eh, miałaś rację...
-Z czym?
-Dowiesz się w swoim czasie-powiedziałam, po czym pożegnałam się z przyjaciółką.
Wysiadłam z taksówki. Doczłapałam się do domu cioci z ciężką torbą ubrań, kosmetyków i jedzenia.
-Już wróciłaś? Co tam masz?-zapytała zaciekawiona Judy.
-Ubrania. Dla ciebie i dla mnie. Jak nie będzie ci coś pasować, to włóż coś Kelly, zostawia tutaj niektóre swoje rzeczy.
-Zadzwonię tylko do mamy-wyciągnęła telefon. Jej matka pozwoliła nocować.
-A gdzie chłopcy?
-Pojechali na koncert-rzeczywiście. Jak mogłam zapomnieć?
Odrobiłyśmy lekcje, przynajmniej część. Włączyłyśmy sobie jakiś film romantyczny. Był nudny, ale na zabicie czasu zawsze coś. Kelly miała przyjechać następnego dnia wieczorem, więc jeszcze trzeba było trochę w nim pobyć.
Dom był ogromny i pięknie urządzony. Każdy pokój był i inny i każdy coraz bardziej ciekawszy. Zrobiony był w stylu góralskim-drewniane wnętrze. Cudownie to wyglądało. Ogromne żyrandole, stare, ładne, w jak najlepszym stanie meble.
-Dziękuję, że zostałaś. Musiałabym sama spędzić tutaj tę noc-szepnęłam do przechodzącej obok Judy.
-Nie ma sprawy-uśmiechnęła się-Zawsze to coś nowego. Było około 20:00. Byłam okropnie zmęczona, z resztą ona także. Przygotowałyśmy się, zjadłyśmy kolację i położyłyśmy się do łóżek. Spałyśmy w innych pokojach, a było ich sześć nie licząc pokoju kuzynki i cioci, łazienki i kuchni. Judy zajęła pokój naprzeciw mojego. Drzwi do nich były otwarte.
~~ ~~
-Nie możesz tego zrobić! To nie jego wina!-krzyczałam z całych sił.
-Ach tak?!-jeszcze mocniej złapał za szyję Harry'ego, który ledwie oddychał i stał na nogach. Pistolet, cały czas był przyłożony do jego skroni.
-Puść go! Puść go, a pójdę z tobą!-wrzeszczałam. Oddaleni byli ode mnie o około 10-15 metrów.
-Nie rób tego! Idź-odezwał się loczek-Tamten znowu go mocniej ścisnął. Kolejna łza spłynęła mi po policzku. Patrzyłam to na niego, to na zielonookiego.
-To chodź tutaj!-rozkazał. Szłam wolno, ale odważnie. Na odległości około 5 metrów, poprosiłam go o wypuszczenie Stylesa. W takich chwilach trudno jest racjonalnie myśleć. Podeszłam jeszcze kawałeczek. W tamtej chwili świat nie miał dla mnie znaczenia, już nic...
-Zostaw go w spokoju!-krzyknęłam po raz kolejny.
-W spokoju? Niech więc tak będzie-warknął.
-Uciekaj-jęknął loczek i to było ostatnim słowem, które wypowiedział. Nacisnął spust...Głuchy strzał...
___________________________________________________________________
Chciałabym podziękować osobom, które czytają tego bloga. Troszkę dłuższy. ;d Do miłego! Pozdrawiam.
sobota, 23 listopada 2013
niedziela, 17 listopada 2013
Rozdział: 22
Koncert...Było cudownie, brak mi słów. Ale myślę, że chcieli popełnić swój życiowy błąd. Na szczęście była przy mnie Ania. Tak, otóż wszystko było pięknie, ładnie do czasu kiedy mogli wziąć na scenę pięć dziewczyn. Niall wskazał na mnie, a że byłam w pierwszym rzędzie, wyciągnął rękę. Były już cztery. Wykorzystałam obecność Ani i lekko ją popchnęłam w stronę blondyna. Dotknął już ją, nie mógł po prostu jej odrzucić. Uśmiechnął się i wciągnął dziewczynę na scenę. Przyjaciółka odwróciła się w moją stronę. Lekko się uśmiechnęła po czym dała znak, że mi się to nie upiecze. Zaśpiewali razem. Ich głosy, tej dziesiątki pięknie się ze sobą skomponowały. Kiedy była solówka jednego, to z nim śpiewała jedna dziewczyna. Akurat na Anię, wypadł Niall. Ale i tak najlepsze było to, że Irlandczyk zadedykował piosenkę Ance. Ona stała z mikrofonem i na niego patrzyła, jak na bohatera. Z resztą wszystkie zgromadzone tak na niego patrzyły. Przyjaciółka miała łzy w oczach, próbowała się powstrzymać, ale to nic dało. A po zakończeniu piosenki, przytulił ją. Szybko zrobiłam zdjęcie, uroczo to wyglądało. Rozejrzałam się na boki, a fanki robiły serduszka z dłoni i uśmiechały się. Cóż, nie byłam gorsza, zrobiłam to samo. Kiedy wyswobodziła się z uścisku, te cztery dziewczyny już schodziły ze sceny, poczekały na nią. Ona do nich podbiegła i kiedy wracały na swoje miejsca, Ania jeszcze raz spojrzała w stronę Niall'a. On spojrzał na nią i ukazał swoje ząbki. Jednak nie żałowałam. Ania świetnie się bawiła i myślę, że blondynek też. "Więc dobrze zrobiłam" Tak, ta szybka i na początku zdawałoby się śmieszna sytuacja/decyzja, jak wolicie, okazała się być niezwykłą rozrywką...myślę, że dla wszystkich.
Po tym już niestety kończył się koncert. Zostałyśmy jeszcze trochę, po czym wyszłyśmy z areny.
-I jak było?-szepnęłam.
-Ty jeszcze pytasz? Przecież było cudownie, nie da się tego opisać słowami!-pisnęła.
-Wiem kochana...
-Nie zatłukę ciebie.
-No ja myślę-mruknęłam.
-Zawsze chciałam to zrobić, zaśpiewać z nimi. A tu proszę. Marzenie stało się rzeczywistością. Dziękuję, na prawdę dziękuję-mówiła.
-Ale za co?-spytałam uśmiechając się.
-Nie denerwuj mnie, za wszystko. Tak, zdecydowanie za wszystko-po wypowiedzi szłyśmy przez chwilę w ciszy. Postanowiłam to przerwać:
-Jak Rosalie?
-A mała... No więc jest cudowna. Często się śmieje, jest grzeczna. Nawet nie wiesz jak fajnie raczkuje. Zaczyna dopiero. Rączka za rączką, nóżka za nóżką i bach! I jak się przewróci, to nie płacze, tylko uśmiecha. Urocze dziecko!-westchnęła Ania. Musi być bardzo ujmująca.
-A pan Grzegorz kiedy wraca z Norwegii? Wie już o małej?
-Mój tato? Tak, wiedział wcześniej niż ja. Ucieszył się. No niestety nie wiem kiedy będzie. Będziesz chciała do nas zajrzeć?-zapytała. W sumie chciałam zobaczyć małą. Kiwnęłam twierdząco głową. Kiedy przyszłyśmy do domu Ani, ciepło przywitała nas jej mama. Usiadłam na kanapie w salonie i spoglądałam jak tam radzi sobie z raczkowaniem Rosalie. Mała miała 8 miesięcy, niebieskie oczy i cieniutkie, kasztanowe włoski na główce. Była piękna, zdrowa, a co najważniejsze, znalazła rodzinę. I oby z nią została. Posiedziałam jeszcze trochę, po czym zaczęłam się zbierać. Pożegnałam się i wyruszyłam do domu. Szłam spokojnie myśląc o małej i koncercie.
-Emilko! Zaczekaj!-usłyszałam za sobą kobiecy głos. To była mama, ale wolałam się upewnić...Tak, to ona.
-Heej mamo.
-Jak tam było na koncercie?-spytała zaciekawiona.
-Opowiem ci w domu-odpowiedziałam.
Mama zrobiła kolację. Usiadłyśmy do stołu.
-No, teraz mogę opowiadać-no i zaczęłam. Powiedziałam jeszcze o wizycie u Ani.
-Widziałam ją. Dzisiaj. Kasia chciała zobaczyć, czy nie jest chora, taka wizyta po przyjacielsku-uśmiechnęła się-A ten Niall, to który to? Ten blondyn?
-Tak, ten niebieskooki blondyn.
-Ah! Uroczy chłopiec. Tydzień temu? Nie pamiętam dokładnie, kiedy wracałam z pracy z zakupami, pomógł mi zanieść je do domu.
-Podlizywał się i tyle-zaśmiałam się.
-A ty tam wiesz najwięcej...-chciała pokazać język, ale to nie przystoi dorosłej kobiecie.
-Wiem co chciałaś zrobić!-zawołałam.
-Aj tam! Lepiej idź do pokoju uczyć się. Jutro do szkoły.
-Tak jest mamo, tylko skończę.
Poszłam na górę do pokoju. Położyłam się na łóżku. Nie zdążyłam nawet zebrać myśli, kiedy ktoś zaczął do mnie dzwonić.
-Halo?-spytałam.
-No cześć-usłyszałam znajomy głos.
-Witam, witam-uśmiechnęłam się.
-Jak było?
-Oj Hazz, ty dobrze wiesz, że było wspaniale...-westchnęłam.
-Masz gości?
-Nie, a dlaczego pytasz?-niepotrzebnie spytałam. W telefonie usłyszałam, jak Harry do kogoś puka, a kilka sekund później moją mamę wołającą, abym zeszła na dół. Nie rozłączając się zeszłam ze schodów i poszłam do holu. Ujrzałam loczka, który trzymał telefon przy uchu.
-Witam-powiedział ukazując dołeczki.
-Witam-odpowiedziałam rozłączając się.
-To ja wam nie przeszkadzam-powiedziała mama znikając za drzwiami.
-Niespodzianka-uśmiechnął się.
-Widzę właśnie...chodź do pokoju-zaproponowałam.
-Z wielką przyjemnością-powiedział odkładając swoje buty i wieszając płaszcz.
Kiedy byliśmy na górze, kazałam mu siąść na łóżku, po czym się do niego dosiadałam.
-Tęskniłaś?
-Mogłabym ciebie zapytać o to samo. Nudno mi było bez was-niepotrzebnie to powiedziałam, bo to spojrzenie mnie trochę przeraziło. Uśmiechnął się cwaniacko.
-Śliczne są z nich gołąbeczki-zaczął.
-Ale z kogo?
-Ania i Niall.
-A co? Mówił coś potem o niej? No gadaj no!
-Mówił, że ma piękne oczy, pięknie śpie...
-Ooo...muszę jej to powiedzieć!-pisnęłam podekscytowana i ciekawa jej reakcji.
-Przerwałaś mi-spojrzał na mnie, tym razem bez uśmiechu.
-Przepraszam, no mów.
-Dlaczego ty nie poszłaś? Nie mam nic do tego, że ona weszła, ale dlaczego nie ty?
-A czy to zrobiłoby jakąś różnicę? Przecież Niall z Anią razem, ładnie śpiewali.
-No tak...tylko, że w tedy ty mogłabyś ze mną-szepnął. Zdziwiłam się. Dlaczego mu aż tak zależało na tym? Mógłby przecież z każdą śpiewać, ale chciał ze mną. Czyli to chyba jednak prawda...
-Eej. Nad czym tak myślisz? Przecież nie mam do ciebie żalu-położył swoją prawą dłoń na moim policzku. Uśmiechnęłam się tylko. Mimowolnie ziewnęłam.
-Zmęczona jesteś, już pójdę-wstał z łóżka i kiedy chciał już iść, złapałam go za rękę.
-Jest już późno. Jak chcesz..to możesz zostać-powiedziałam niepewnie. Zgodził się.
Położyłam się na łóżku. Dostałam wiadomość: 'Wracałam ze sklepu i widziałam Stylesa jak wchodził do Twojego domu. Czy ja o czymś kochana nie wiem?' Szybko odpisałam: 'Wiesz o wszystkim o czym powinnaś wiedzieć. Aha i Niall coś mówił, ale o tym już dowiesz się jutro.' Postanowiłam, aby Ania miała lekki niedosyt. Ułożyłam się wygodnie. Kiedy już prawie zasynałam, poczułam dłoń odgarniającą mi kosmyk włosów z twarzy. Tak, w tedy odpłynęłam w krainę snu.
___________________________________________________
Hej. To proszę, kolejny rozdział. Proszę o komentarze motywujące do pisania!^^I mam do Was 2 sprawy:
1. Założyłam aska. Możecie pisać, dawać pomysły, pytać, co chcecie- ASK .
2. Podoba Wam się nowy wygląd? Są tam ważniejsi bohaterowie opowiadania. Zgaduje, kto jest kim! ;p Pozdrawiam
Po tym już niestety kończył się koncert. Zostałyśmy jeszcze trochę, po czym wyszłyśmy z areny.
-I jak było?-szepnęłam.
-Ty jeszcze pytasz? Przecież było cudownie, nie da się tego opisać słowami!-pisnęła.
-Wiem kochana...
-Nie zatłukę ciebie.
-No ja myślę-mruknęłam.
-Zawsze chciałam to zrobić, zaśpiewać z nimi. A tu proszę. Marzenie stało się rzeczywistością. Dziękuję, na prawdę dziękuję-mówiła.
-Ale za co?-spytałam uśmiechając się.
-Nie denerwuj mnie, za wszystko. Tak, zdecydowanie za wszystko-po wypowiedzi szłyśmy przez chwilę w ciszy. Postanowiłam to przerwać:
-Jak Rosalie?
-A mała... No więc jest cudowna. Często się śmieje, jest grzeczna. Nawet nie wiesz jak fajnie raczkuje. Zaczyna dopiero. Rączka za rączką, nóżka za nóżką i bach! I jak się przewróci, to nie płacze, tylko uśmiecha. Urocze dziecko!-westchnęła Ania. Musi być bardzo ujmująca.
-A pan Grzegorz kiedy wraca z Norwegii? Wie już o małej?
-Mój tato? Tak, wiedział wcześniej niż ja. Ucieszył się. No niestety nie wiem kiedy będzie. Będziesz chciała do nas zajrzeć?-zapytała. W sumie chciałam zobaczyć małą. Kiwnęłam twierdząco głową. Kiedy przyszłyśmy do domu Ani, ciepło przywitała nas jej mama. Usiadłam na kanapie w salonie i spoglądałam jak tam radzi sobie z raczkowaniem Rosalie. Mała miała 8 miesięcy, niebieskie oczy i cieniutkie, kasztanowe włoski na główce. Była piękna, zdrowa, a co najważniejsze, znalazła rodzinę. I oby z nią została. Posiedziałam jeszcze trochę, po czym zaczęłam się zbierać. Pożegnałam się i wyruszyłam do domu. Szłam spokojnie myśląc o małej i koncercie.
-Emilko! Zaczekaj!-usłyszałam za sobą kobiecy głos. To była mama, ale wolałam się upewnić...Tak, to ona.
-Heej mamo.
-Jak tam było na koncercie?-spytała zaciekawiona.
-Opowiem ci w domu-odpowiedziałam.
Mama zrobiła kolację. Usiadłyśmy do stołu.
-No, teraz mogę opowiadać-no i zaczęłam. Powiedziałam jeszcze o wizycie u Ani.
-Widziałam ją. Dzisiaj. Kasia chciała zobaczyć, czy nie jest chora, taka wizyta po przyjacielsku-uśmiechnęła się-A ten Niall, to który to? Ten blondyn?
-Tak, ten niebieskooki blondyn.
-Ah! Uroczy chłopiec. Tydzień temu? Nie pamiętam dokładnie, kiedy wracałam z pracy z zakupami, pomógł mi zanieść je do domu.
-Podlizywał się i tyle-zaśmiałam się.
-A ty tam wiesz najwięcej...-chciała pokazać język, ale to nie przystoi dorosłej kobiecie.
-Wiem co chciałaś zrobić!-zawołałam.
-Aj tam! Lepiej idź do pokoju uczyć się. Jutro do szkoły.
-Tak jest mamo, tylko skończę.
Poszłam na górę do pokoju. Położyłam się na łóżku. Nie zdążyłam nawet zebrać myśli, kiedy ktoś zaczął do mnie dzwonić.
-Halo?-spytałam.
-No cześć-usłyszałam znajomy głos.
-Witam, witam-uśmiechnęłam się.
-Jak było?
-Oj Hazz, ty dobrze wiesz, że było wspaniale...-westchnęłam.
-Masz gości?
-Nie, a dlaczego pytasz?-niepotrzebnie spytałam. W telefonie usłyszałam, jak Harry do kogoś puka, a kilka sekund później moją mamę wołającą, abym zeszła na dół. Nie rozłączając się zeszłam ze schodów i poszłam do holu. Ujrzałam loczka, który trzymał telefon przy uchu.
-Witam-powiedział ukazując dołeczki.
-Witam-odpowiedziałam rozłączając się.
-To ja wam nie przeszkadzam-powiedziała mama znikając za drzwiami.
-Niespodzianka-uśmiechnął się.
-Widzę właśnie...chodź do pokoju-zaproponowałam.
-Z wielką przyjemnością-powiedział odkładając swoje buty i wieszając płaszcz.
Kiedy byliśmy na górze, kazałam mu siąść na łóżku, po czym się do niego dosiadałam.
-Tęskniłaś?
-Mogłabym ciebie zapytać o to samo. Nudno mi było bez was-niepotrzebnie to powiedziałam, bo to spojrzenie mnie trochę przeraziło. Uśmiechnął się cwaniacko.
-Śliczne są z nich gołąbeczki-zaczął.
-Ale z kogo?
-Ania i Niall.
-A co? Mówił coś potem o niej? No gadaj no!
-Mówił, że ma piękne oczy, pięknie śpie...
-Ooo...muszę jej to powiedzieć!-pisnęłam podekscytowana i ciekawa jej reakcji.
-Przerwałaś mi-spojrzał na mnie, tym razem bez uśmiechu.
-Przepraszam, no mów.
-Dlaczego ty nie poszłaś? Nie mam nic do tego, że ona weszła, ale dlaczego nie ty?
-A czy to zrobiłoby jakąś różnicę? Przecież Niall z Anią razem, ładnie śpiewali.
-No tak...tylko, że w tedy ty mogłabyś ze mną-szepnął. Zdziwiłam się. Dlaczego mu aż tak zależało na tym? Mógłby przecież z każdą śpiewać, ale chciał ze mną. Czyli to chyba jednak prawda...
-Eej. Nad czym tak myślisz? Przecież nie mam do ciebie żalu-położył swoją prawą dłoń na moim policzku. Uśmiechnęłam się tylko. Mimowolnie ziewnęłam.
-Zmęczona jesteś, już pójdę-wstał z łóżka i kiedy chciał już iść, złapałam go za rękę.
-Jest już późno. Jak chcesz..to możesz zostać-powiedziałam niepewnie. Zgodził się.
Położyłam się na łóżku. Dostałam wiadomość: 'Wracałam ze sklepu i widziałam Stylesa jak wchodził do Twojego domu. Czy ja o czymś kochana nie wiem?' Szybko odpisałam: 'Wiesz o wszystkim o czym powinnaś wiedzieć. Aha i Niall coś mówił, ale o tym już dowiesz się jutro.' Postanowiłam, aby Ania miała lekki niedosyt. Ułożyłam się wygodnie. Kiedy już prawie zasynałam, poczułam dłoń odgarniającą mi kosmyk włosów z twarzy. Tak, w tedy odpłynęłam w krainę snu.
___________________________________________________
Hej. To proszę, kolejny rozdział. Proszę o komentarze motywujące do pisania!^^I mam do Was 2 sprawy:
1. Założyłam aska. Możecie pisać, dawać pomysły, pytać, co chcecie- ASK .
2. Podoba Wam się nowy wygląd? Są tam ważniejsi bohaterowie opowiadania. Zgaduje, kto jest kim! ;p Pozdrawiam
niedziela, 10 listopada 2013
Rozdział: 21
Szybko
wyjęłam zawartość koperty na kanapę. Sięgnęłam po list. Czytając małą
karteczkę, uśmiechnęłam się. Potem sięgnęłam po bilet, a raczej bilety.
Odwróciłam karteczkę. Uprzedzenie, w którym było napisane o zabraniu
swojej przyjaciółki.
"Hm Ania się ucieszy"
-Aniu, pozwól na chwilę.
-To jak, od kogo?-spytała zaciekawiona-Co tam jest?
-Nic. Mamy zaproszenia, a raczej bilety-zaczęłam, kiedy Anka mi przerwała:
-Masz na myśli...koncert..ich?-takie pytanie zadała z podkreśleniem na słowo 'ich'
-Tak.
Nie wiedziałam co się z nią stało, ale siedziała z oczami wpatrzonymi w jeden punkt, a to raczej był telewizor. Dlaczego w telewizor? Myślałam, że w wejściówki, a tu proszę...
-Jeżeli to on, to nie wpuszczaj-jęknęła Ania.
-A dlaczego sądzisz, że to akurat on?-spytałam. Zmarszczyła brwi na znak swojej racji. Podeszłam do drzwi, a kiedy je otworzyłam, myślałam, że nie wytrzymam...
-Co ty tutaj robisz?-zapytałam z lekką nutą pogardy w głosie.
-Przyszedłem przeprosić...-zaczął Luke.
-Nie wiem po co. Leć do tej barbie.
-Co ty mi tutaj wyjeżdżasz z barbie?
-Ma rację, że wyjeżdża z barbie. Przecież wiesz, jak bardzo nas nienawidzi i wzajemnie, i jeszcze nas zapraszasz? A sory, i nie tylko ona tam była. Co ty sobie myślałeś?-do rozmowy wtrąciła się oburzona Ania.
-A co sobie miałem myśleć? Miałem nadzieję, że jak przeproszę, to będzie spokojnie.
-To następnym razem jej nie miej. Co, nie usłyszałeś jej tych docinek i podtekstów wobec mnie? Przecież ona równie dobrze traktowałaby mnie jak powietrze i tak okazała swą łaskę i droczyła się ze mną.
-A to moja wina?
-Tak, twoja!-wykrzyknęłyśmy w tym samym momencie.
-Gdyby tam jej nie było, a może nas, to nie musiałbyś teraz tutaj przychodzić-syknęła Ania, po czym zamknęła drzwi. Oparłyśmy się o nie po czym się po nich zsunęłyśmy.
-Niech teraz je gruz, cygan-powiedziała z pogardą.
-A dlaczego akurat cygan?-uśmiechnęłam się.
-Ty, tak właściwie nie wiem, nic do nich nie mam-stwierdziła wyliczając na palcach kogo toleruje. Zgodnie z pierwszym planem miałyśmy zajść do kuchni. Zjadłyśmy coś na szybko-proste kanapki.
Jakiś czas później...
-Eh!-jęknęłam po raz kolejny rzucając poduszką. Ale, co jeśli on na prawdę nie wiedział, że będzie aż tak dziwnie? Skąd on miał to wiedzieć? Ale z drugiej strony, nie lubiłyśmy się..ba, pałałyśmy do siebie nienawiścią. Z tym, że ja miałam jakąś nadzieję na poprawę tych relacji, ale druga strona raczej nie. Szkoda mi Olivii. Dalej zachowuje się jak mała dziewczynka i słucha swojej "królowej". Jest nawet sympatyczna.
-Panie prezes...-szybko odczytałam wiadomość. Mogłam przykryć się poduszką, rzucić telefonem, wyjechać, zmienić numer...wymieniać do nieskończoności. Wybrałam jednak spokojne odczekanie i zastanowienie się. Wynikiem moich namysłów był wybuch śmiechu. Już sama nie wiedziałam co mam zrobić. Śmiać się, czy płakać. Szczerze mówiąc, to z mojej strony to było trochę zabawne, ale z drugiej..chłopak był ambitny. Spróbował drugi raz...
-Mamo, niedługo będę-mruknęłam.
-No dobrze, ale uważajcie na siebie-powiedziała-Aniu, wpadaj do nas kiedy chcesz i na jak długo.
-Dobrze skorzystam-uśmiechnęła się.
Kiedy wyszłyśmy z domu, prawie od razu zaczęłyśmy rozmowę.
-W końcu przyjechała-westchnęła-Podobno kogoś ze sobą zabrała, szczerze to nie wiem, ale jestem ciekawa. Ty za pewne też, prawda?
-Może...
-Czy to na prawdę nie jest cudowne? Nie wytrzymam, po prostu muszę to wiedzieć. Chodź, ruszaj się!
-Ruszam się, ruszam-mruknęłam.
-Ej, o czym tak rozmyślasz?
Gdyby się dowiedziała o czym, chyba by mnie udusiła...
-Kiedy ty się o tym dowiedziałaś?
-Godzinę temu-odpowiedziała z zastanowieniem-Właściwie to nie wiem, dlaczego wcześniej mi o niczym nie powiedziała.
W sumie tego co było, nie spodziewałabym się, chyba nigdy. Kiedy przekroczyłyśmy próg domu Ani..jej mama trzymała, małe śpiące niemowlę. Było piękne. Ania nie widząc wcześniej ciąży u swojej matki, o mało co nie zemdlała.
-Mamo, czyje to dziecko?-zapytała.
-Mojej znajomej. Zadzwoniła do mnie, kilka dni przed porodem. Mąż ją zostawił, nie miał tak po za nim tym bliskich. Niestety umarła, była za słaba, tylko dziecko odratowali. Dlatego przedłużyłam pobyt. Być może będziemy rodziną zastępczą dla Rosalie. Tak jeszcze ją nazwała Iwona. Dobrze, że pojechałam...
To był szok, Ania ledwie doszła do ściany, po czym się osunęła.
-Będę jej siostrą?-zapytała cicho. Była szczęśliwa, ale wyglądała marnie. Zaniosłam ją i położyłam na sofie w salonie. Przyniosłam wodę.
-Dzięki-jęknęła-Będę miała...nie swoją rzecz jasna, ale jednak...
Ja sama nie mogłam w to uwierzyć. Szkoda mi było tej kobiety. Ale cóż, nie można było nic poradzić. Takie życie. Ale dziewczynka miała szczęście.. Mama Ani wzięła na ręce dziecko i podeszła do mnie.
-Możesz ją na chwilę potrzymać?-spytała.
Kiwnęłam głową, po czym wyszła z salonu. Mogłam lepiej przyjrzeć się niemowlęciu. Było cudowne, małe, bezbronne. Ania usiadła obok mnie. Westchnęła i uśmiechnęła się.
Jeszcze parę minut byłam w domu Ani, po czym wracałam do domu. Szłam z głową spuszczoną w dół, rozmyślając o tamtejszym dniu.
-Hej-usłyszałam. Natychmiast obróciłam głowę. No tak..kto inny jak nie Luke!
-Co ty tutaj robisz?-zapytałam.
-Wyszedłem na spacer. Odczytałaś wiadomość?
-Nie, jakoś telefon miałam wyciszony, nie słyszałam-powiedziałam..skłamałam..., ale wyszło mi bez większego entuzjazmu. Otóż to on napisał mi wiadomość. Żebyśmy się gdzieś spotkali. Nie miałam zamiaru w ogóle zwracać na niego uwagi. Ale cóż, jak się przylepił...
-Ej, daj mi szansę, chcę to naprawić. Nie chciałem, aby tak wyszło...To jak?-ostatecznie miał rację. W końcu skąd miał wiedzieć, że ona się tak zachowa? Nie jego wina.
-Dobra. Ale następnym razem jeśli już będziesz chciał mnie, to znaczy nas zapraszać, to może nie w jej towarzystwie. Umowa stoi?-wyciągnęłam rękę.
-Stoi-odpowiedział dumnie ściskając moją dłoń-Wstąpimy gdzieś?
-Nie. Chciałeś wyjść na spacer, tak? Możemy pójść do parku...
Tydzień później...
Tamten spacer..było całkiem sympatycznie. Nie licząc trójcy, to w szkole było wręcz bajkowo.
-Emila, ubrałaś się już?-zapytała zniecierpliwiona Ania.
-Tak-odpowiedziałam wychodząc z łazienki-Jestem gotowa.
-Wyglądasz bosko-stwierdziła.
Nałożyłam lekką, różową sukienkę.
-Ta sukienka, podoba ci się?-spytałam Ani.
-Ty głupolu, przecież powiedziałam, że wyglądasz świetnie! Idziemy! Nie zapomniałaś biletów?
-Wszystko mam-odpowiedziałam.
Przyznam, że trochę...kogo ja będę oszukiwać. Przez wejściem na arenę, ogromnie się denerwowałyśmy. Miałyśmy lepsze miejsca...ach te plusy! I nagle..światła gasną...Wstrzymany oddech i to, na co wszyscy czekali...
_____________________________________________________
Witam. Mam nadzieję, że ten rozdział dobrze się czytało. Zachęcam do komentowania. Przesyłajcie swoje opinie i pomysły!. ;)
"Hm Ania się ucieszy"
-Aniu, pozwól na chwilę.
-To jak, od kogo?-spytała zaciekawiona-Co tam jest?
-Nic. Mamy zaproszenia, a raczej bilety-zaczęłam, kiedy Anka mi przerwała:
-Masz na myśli...koncert..ich?-takie pytanie zadała z podkreśleniem na słowo 'ich'
-Tak.
Nie wiedziałam co się z nią stało, ale siedziała z oczami wpatrzonymi w jeden punkt, a to raczej był telewizor. Dlaczego w telewizor? Myślałam, że w wejściówki, a tu proszę...
-Jeżeli to on, to nie wpuszczaj-jęknęła Ania.
-A dlaczego sądzisz, że to akurat on?-spytałam. Zmarszczyła brwi na znak swojej racji. Podeszłam do drzwi, a kiedy je otworzyłam, myślałam, że nie wytrzymam...
-Co ty tutaj robisz?-zapytałam z lekką nutą pogardy w głosie.
-Przyszedłem przeprosić...-zaczął Luke.
-Nie wiem po co. Leć do tej barbie.
-Co ty mi tutaj wyjeżdżasz z barbie?
-Ma rację, że wyjeżdża z barbie. Przecież wiesz, jak bardzo nas nienawidzi i wzajemnie, i jeszcze nas zapraszasz? A sory, i nie tylko ona tam była. Co ty sobie myślałeś?-do rozmowy wtrąciła się oburzona Ania.
-A co sobie miałem myśleć? Miałem nadzieję, że jak przeproszę, to będzie spokojnie.
-To następnym razem jej nie miej. Co, nie usłyszałeś jej tych docinek i podtekstów wobec mnie? Przecież ona równie dobrze traktowałaby mnie jak powietrze i tak okazała swą łaskę i droczyła się ze mną.
-A to moja wina?
-Tak, twoja!-wykrzyknęłyśmy w tym samym momencie.
-Gdyby tam jej nie było, a może nas, to nie musiałbyś teraz tutaj przychodzić-syknęła Ania, po czym zamknęła drzwi. Oparłyśmy się o nie po czym się po nich zsunęłyśmy.
-Niech teraz je gruz, cygan-powiedziała z pogardą.
-A dlaczego akurat cygan?-uśmiechnęłam się.
-Ty, tak właściwie nie wiem, nic do nich nie mam-stwierdziła wyliczając na palcach kogo toleruje. Zgodnie z pierwszym planem miałyśmy zajść do kuchni. Zjadłyśmy coś na szybko-proste kanapki.
Jakiś czas później...
-Eh!-jęknęłam po raz kolejny rzucając poduszką. Ale, co jeśli on na prawdę nie wiedział, że będzie aż tak dziwnie? Skąd on miał to wiedzieć? Ale z drugiej strony, nie lubiłyśmy się..ba, pałałyśmy do siebie nienawiścią. Z tym, że ja miałam jakąś nadzieję na poprawę tych relacji, ale druga strona raczej nie. Szkoda mi Olivii. Dalej zachowuje się jak mała dziewczynka i słucha swojej "królowej". Jest nawet sympatyczna.
-Panie prezes...-szybko odczytałam wiadomość. Mogłam przykryć się poduszką, rzucić telefonem, wyjechać, zmienić numer...wymieniać do nieskończoności. Wybrałam jednak spokojne odczekanie i zastanowienie się. Wynikiem moich namysłów był wybuch śmiechu. Już sama nie wiedziałam co mam zrobić. Śmiać się, czy płakać. Szczerze mówiąc, to z mojej strony to było trochę zabawne, ale z drugiej..chłopak był ambitny. Spróbował drugi raz...
-Mamo, niedługo będę-mruknęłam.
-No dobrze, ale uważajcie na siebie-powiedziała-Aniu, wpadaj do nas kiedy chcesz i na jak długo.
-Dobrze skorzystam-uśmiechnęła się.
Kiedy wyszłyśmy z domu, prawie od razu zaczęłyśmy rozmowę.
-W końcu przyjechała-westchnęła-Podobno kogoś ze sobą zabrała, szczerze to nie wiem, ale jestem ciekawa. Ty za pewne też, prawda?
-Może...
-Czy to na prawdę nie jest cudowne? Nie wytrzymam, po prostu muszę to wiedzieć. Chodź, ruszaj się!
-Ruszam się, ruszam-mruknęłam.
-Ej, o czym tak rozmyślasz?
Gdyby się dowiedziała o czym, chyba by mnie udusiła...
-Kiedy ty się o tym dowiedziałaś?
-Godzinę temu-odpowiedziała z zastanowieniem-Właściwie to nie wiem, dlaczego wcześniej mi o niczym nie powiedziała.
W sumie tego co było, nie spodziewałabym się, chyba nigdy. Kiedy przekroczyłyśmy próg domu Ani..jej mama trzymała, małe śpiące niemowlę. Było piękne. Ania nie widząc wcześniej ciąży u swojej matki, o mało co nie zemdlała.
-Mamo, czyje to dziecko?-zapytała.
-Mojej znajomej. Zadzwoniła do mnie, kilka dni przed porodem. Mąż ją zostawił, nie miał tak po za nim tym bliskich. Niestety umarła, była za słaba, tylko dziecko odratowali. Dlatego przedłużyłam pobyt. Być może będziemy rodziną zastępczą dla Rosalie. Tak jeszcze ją nazwała Iwona. Dobrze, że pojechałam...
To był szok, Ania ledwie doszła do ściany, po czym się osunęła.
-Będę jej siostrą?-zapytała cicho. Była szczęśliwa, ale wyglądała marnie. Zaniosłam ją i położyłam na sofie w salonie. Przyniosłam wodę.
-Dzięki-jęknęła-Będę miała...nie swoją rzecz jasna, ale jednak...
Ja sama nie mogłam w to uwierzyć. Szkoda mi było tej kobiety. Ale cóż, nie można było nic poradzić. Takie życie. Ale dziewczynka miała szczęście.. Mama Ani wzięła na ręce dziecko i podeszła do mnie.
-Możesz ją na chwilę potrzymać?-spytała.
Kiwnęłam głową, po czym wyszła z salonu. Mogłam lepiej przyjrzeć się niemowlęciu. Było cudowne, małe, bezbronne. Ania usiadła obok mnie. Westchnęła i uśmiechnęła się.
Jeszcze parę minut byłam w domu Ani, po czym wracałam do domu. Szłam z głową spuszczoną w dół, rozmyślając o tamtejszym dniu.
-Hej-usłyszałam. Natychmiast obróciłam głowę. No tak..kto inny jak nie Luke!
-Co ty tutaj robisz?-zapytałam.
-Wyszedłem na spacer. Odczytałaś wiadomość?
-Nie, jakoś telefon miałam wyciszony, nie słyszałam-powiedziałam..skłamałam..., ale wyszło mi bez większego entuzjazmu. Otóż to on napisał mi wiadomość. Żebyśmy się gdzieś spotkali. Nie miałam zamiaru w ogóle zwracać na niego uwagi. Ale cóż, jak się przylepił...
-Ej, daj mi szansę, chcę to naprawić. Nie chciałem, aby tak wyszło...To jak?-ostatecznie miał rację. W końcu skąd miał wiedzieć, że ona się tak zachowa? Nie jego wina.
-Dobra. Ale następnym razem jeśli już będziesz chciał mnie, to znaczy nas zapraszać, to może nie w jej towarzystwie. Umowa stoi?-wyciągnęłam rękę.
-Stoi-odpowiedział dumnie ściskając moją dłoń-Wstąpimy gdzieś?
-Nie. Chciałeś wyjść na spacer, tak? Możemy pójść do parku...
Tydzień później...
Tamten spacer..było całkiem sympatycznie. Nie licząc trójcy, to w szkole było wręcz bajkowo.
-Emila, ubrałaś się już?-zapytała zniecierpliwiona Ania.
-Tak-odpowiedziałam wychodząc z łazienki-Jestem gotowa.
-Wyglądasz bosko-stwierdziła.
Nałożyłam lekką, różową sukienkę.
-Ta sukienka, podoba ci się?-spytałam Ani.
-Ty głupolu, przecież powiedziałam, że wyglądasz świetnie! Idziemy! Nie zapomniałaś biletów?
-Wszystko mam-odpowiedziałam.
Przyznam, że trochę...kogo ja będę oszukiwać. Przez wejściem na arenę, ogromnie się denerwowałyśmy. Miałyśmy lepsze miejsca...ach te plusy! I nagle..światła gasną...Wstrzymany oddech i to, na co wszyscy czekali...
_____________________________________________________
Witam. Mam nadzieję, że ten rozdział dobrze się czytało. Zachęcam do komentowania. Przesyłajcie swoje opinie i pomysły!. ;)
niedziela, 3 listopada 2013
Rozdział: 20
W tamtej chwili nie mogłam nic powiedzieć. Taka propozycja? Ale dlaczego?
-Em, to jak?-zapytał ponownie.
-W-wiesz... Ja nie w...-jąkałam się, a on natychmiast mi przerwał:
-A to ok. To ja już pójdę-wymamrotał cicho pod nosem. Nie mogłam go tak puścić...
-Em, Luke. Przecież ja nie powiedziałam nie-uśmiechnęłam się lekko, ale niechętnie-Tylko jeszcze poprawię włosy-dodałam. Jego kąciki ust podniosły się w górę. Kiedy szłam w stronę łazienki, spojrzałam do salonu. Ania oparta o framugę zjechała mnie wzrokiem. Jej oczy mówiły 'Dlaczego?'. A może mi tylko się tak zdawało. Jednak jej zachowanie trochę mnie zdziwiło. Zaszłam do łazienki. Szybko rozczesałam włosy. Wróciłam do Luke'a... A właściwie to nie tylko do niego.
-Emila, idę z wami-wymusiła uśmiech. Nie odpowiedziałam nic, tylko zaczęłam się ubierać.
"Ona chyba serio nie ma oleju w głowie"-Pomyślałam, po posłuchaniu kolejnych wywodów Caroline. Otóż Lucas zaprosił nas do kawiarni. Byli tam znajomi, parę osób. Łącznie z naszą trójką 8. Oczywiście musiała tam być Camille i jej tak samo "inteligentne" psiapsióły. Jak na nie patrzyłam, to myślałam że zwrócę. Podniecały się wszystkim. Piszczały, popisywały, a najgorsze było to, że te najgłupsze, a najbardziej docinały. Otóż jej "siostrzyczki" były siebie warte. Camille, Caroline oraz Olivia, były to najbardziej rozpieszczone i bogate dziewczyny w szkole. "Niestety za pieniądze rozumu nie nabędziesz"-znów przyszły mi na myśl nowe słowa. Ich paplanina była na "bardzo wysokim" poziomie. Żadne ze zdań nie wynikało z siebie.
-Emily, dlaczego się nie odzywasz?-zapytała nagle Olivia widząc brak mojego zainteresowania.
-Jakoś nie mam tematu do rozmów-mruknęłam.
-Aha, to jak będziesz miała to mów!-pisnęła Olivia. Byłam zażenowana. Ania również siedziała, nie słuchając tych idiotycznych gatek. Ah biedna, a chciała iść. Jednak wiedziałam, że nie zrobiła tego z własnych chęci, chciała coś zobaczyć, czegoś dowieść. A wracając. Hm, Olivia zachowuje się bardziej jak mała dziewczynka, piszczy, skacze... Domyślajcie się dalej... Caroline lubi się chwalić i musi słuchać rozkazów..Camille. A Camille, to jest dopiero wybryk! Wywyższa się, twierdzi że jest naj..we wszystkim. Taka to żałosna trójca powstała.
-Odpoczęłaś trochę?-usłyszałam czyjeś pytanie. Za pewne Olivia...
-Tea-odpowiedziałam niechętnie-Okres rekonwalescencji mam już chyba za sobą.
-To dobrze. A będziesz jutro w szkole?-siedziałam bawiąc się bransoletką od Harry'ego. Kiedy usłyszałam drugie jej drugie pytanie, przystałam z zabawą. Spojrzałam na szklankę swojego soku, po czym odpowiedziałam dalej się wpatrując w napój:
-Wygląda na to, że to już chyba koniec mojego odpoczywania, z czego wynika, że raczej jutro będę-powiedziałam głośniej i pewniej, ale nadal nie tak głośno, jak mówiła reszta. Oli powróciła do rozmowy z innymi. (Inni, reszta, bez różnicy), mam na myśli tych zgromadzonych, zaproszonych z mojej klasy. Czyli te 8 osób, nie licząc mnie i Ani. Wyłączyłyśmy się prawie zupełnie z ich rozmów. Cichy sygnał dał znać, mam wiadomość. Po zobaczeniu nadawcy zdziwiłam się, bo napisała Ania. Kiedy odczytałam..Ha! Zaczęła gadać na trójcę, ze są głupie i nie wie jak można mieć tak mało IQ jak na taki wiek. Spojrzałam na Camille. Przyszedł kelner, żeby coś od niej zabrać i dać nową szklankę, ze świeżym sokiem. Zapowiadało się, że jeszcze to potrwa... I jak zwykle rozkazywała. Szkoda mi było tego kelnera. Oczywiście nakazy: zrób to, tamto... Jak z nią rodzice wytrzymują to ja nie wiem. prawie wszystkich wokół siebie traktuje jak służących. Jej byli nie wytrzymywali tygodnia. Ja tam na ich miejscu padłabym po dniu.
-Jak się spotkaliście?-zapytała Camille. Pytanie skierowane było do Luke'a. Chodziło jej o spotkanie mnie i Ani.
-Normalnie. Przyszedłem po nie-odpowiedział. W Camilii chyba się coś nabuzowało. Przyznam, Luke był chyba najprzystojniejszym chłopakiem w szkole, krążyły słuchy, że Camille się w nim podkochuje. Jednak taka była prawda, chciała go mieć. Taka zazdrosna.
-Jak to, PRZYSZEDŁEŚ?-spytała zdenerwowana, z naciskiem na przyszedłeś. Nie zdziwiło mnie to, zazdrośnica. Ona chyba myślała, że ja i Luke...
-Tak to, zajść nie mogłem?-spytał. Camille trochę się uspokoiła, po czym zwróciła się do mnie:
-Słyszałam, że One Direction będą koncertować. Za tydzień, tutaj w Londynie ('uff, a myślałam, że przez te miesiące ich nie zobaczę') Idziesz?-wiedziałam, że zaraz doda coś "od serca". I to będzie tak "nadludzko miłe" wobec mnie. No, tak musiało być...-A nie, sory. Przecież ty nie możesz-zaśmiała się-Kupimy ci jakiś bilet, nie martw się. Może być na tyle widowni?-dodała jeszcze.
-Hm, wiesz, na tył widowni? Dla dobrych koleżanek bliżej nie dasz? Myślałam, że masz serce-pogrążyłam się w udawanej rozpaczy-Przecież ja ich nigdy nie dotknę! Musisz mnie wpuścić obok siebie...tak blisko...-ona tylko się zdenerwowała, ale już tego wątku dalej nie drążyła. Za to zaczęła kolejny...
-Ah, a jak romans?-spytała z uśmieszkiem. Nie wiedziałam o co może jej chodzić. Potem doszłam do wniosku, ja i Ha..ale nie, po tym co dalej paplała..-Luke miał chyba fajnie z tobą...
-O czym ty mówisz?-wtrącił się Lucas.
-Ty serio, czy dla jaj?-zaśmiałam się.
-Serio-dodała-Przecież wy byście tak ślicznie wyglądali...Musiało być przecudownie, skoro wstąpił do ciebie do domu-westchnęła złośliwie.
-No ta... Ale wiesz..skoro chcesz chodzić z Lucasem, to przynajmniej go o to poproś. Ale wątpię, żeby chciał być twoim pupilkiem na posyłki-zrobiła się czerwona i kiedy miała zamiar coś krzyknąć lub cokolwiek dodać, ja jeszcze kończyłam-Aha i ty jesteś prawdziwą blondynką, czy tylko udajesz? Bo za inteligentna to ty nie jesteś-i w tedy razem za Anią wyszłyśmy, szybko dziękując Luke'owi oraz Olivii. To Oli zaproponowała mu kogoś wziąć.
-ONA-JEST-PSYCHICZNA-wydukała wyrazy Ania. Zaśmiałam się cicho-Ja więcej nie idę na spotkania z nią...Ale wiesz co Emila? Przynajmniej się pośmiałyśmy, a i najważniejsze..nie byłaś sama.
-Teaa Ania, nie byłam sama...-mruknęłam przypominając sobie tylko SMS-a, nic więcej.
-Nareszcie w domu-westchnęłam zdejmując kurtkę.
-No. Można odpocząć-powiedziała. Kiedy miałyśmy już iść coś przekąsić, usłyszałam pukanie do drzwi.
-Ty, Ema, jak to będzie Camille, albo któraś z nich to wołaj.
-Dobra idę-szepnęłam. Nawet trochę się przestraszyłam, a jeśli to byłyby one, z "całą armią"? Dobra...
-A tyyooo...niespodzianka do mnie? Dzień dobry!-wyszczerzyłam się i zaczerwieniłam. Myślałam, że to któraś z nich, albo Luke, albo...A to był listonosz. Ale wtopa! Uśmiechnął się, po czym zaczął:
-Witam. Tutaj proszę list po panny Emily-wyciągnął kartkę nie wiedząc komu dać, bo obok mnie stała Anka z oczami wlepionymi w rękę mężczyzny.
-To ja-uśmiechnęłam się.
-Aha, proszę. Wcześniej zachodziłem, ale nikogo nie było. List polecony, postanowiłem nie wrzucać go do skrzynki, tylko oddać osobiście-wręczył mi do ręki kopertę.
-Bardzo dziękuję-odpowiedziałam.
-Nie ma za co. To już będę się zbierał. Do widzenia!-zawołał.
-Do widzenia!-pożegnałyśmy się. Po zamknięciu drzwi Ania od razu przechwyciła list.
-Nie ma nadawcy-stwierdziła. Wyrwałam jej z rąk korespondencję do mnie i usiadłam na kanapie w salonie.
-Zawołam ciebie po wszystkim-powiedziałam do Anki. Ona wyszła z pokoju i czekała na wynik. Otworzyłam kopertę. W kopercie były bilety..i list.
____________________________________________________
Hej. Rozdział 20 napisany, ale nie wiem czy będą dalsze. Pod poprzednim rozdziałem nie ma żadnych komentarzy. Dla mnie to oznacza, że nikt nie czyta tego bloga. Proszę was o komentarze, oceniajcie. Pozdrawiam
-Em, to jak?-zapytał ponownie.
-W-wiesz... Ja nie w...-jąkałam się, a on natychmiast mi przerwał:
-A to ok. To ja już pójdę-wymamrotał cicho pod nosem. Nie mogłam go tak puścić...
-Em, Luke. Przecież ja nie powiedziałam nie-uśmiechnęłam się lekko, ale niechętnie-Tylko jeszcze poprawię włosy-dodałam. Jego kąciki ust podniosły się w górę. Kiedy szłam w stronę łazienki, spojrzałam do salonu. Ania oparta o framugę zjechała mnie wzrokiem. Jej oczy mówiły 'Dlaczego?'. A może mi tylko się tak zdawało. Jednak jej zachowanie trochę mnie zdziwiło. Zaszłam do łazienki. Szybko rozczesałam włosy. Wróciłam do Luke'a... A właściwie to nie tylko do niego.
-Emila, idę z wami-wymusiła uśmiech. Nie odpowiedziałam nic, tylko zaczęłam się ubierać.
"Ona chyba serio nie ma oleju w głowie"-Pomyślałam, po posłuchaniu kolejnych wywodów Caroline. Otóż Lucas zaprosił nas do kawiarni. Byli tam znajomi, parę osób. Łącznie z naszą trójką 8. Oczywiście musiała tam być Camille i jej tak samo "inteligentne" psiapsióły. Jak na nie patrzyłam, to myślałam że zwrócę. Podniecały się wszystkim. Piszczały, popisywały, a najgorsze było to, że te najgłupsze, a najbardziej docinały. Otóż jej "siostrzyczki" były siebie warte. Camille, Caroline oraz Olivia, były to najbardziej rozpieszczone i bogate dziewczyny w szkole. "Niestety za pieniądze rozumu nie nabędziesz"-znów przyszły mi na myśl nowe słowa. Ich paplanina była na "bardzo wysokim" poziomie. Żadne ze zdań nie wynikało z siebie.
-Emily, dlaczego się nie odzywasz?-zapytała nagle Olivia widząc brak mojego zainteresowania.
-Jakoś nie mam tematu do rozmów-mruknęłam.
-Aha, to jak będziesz miała to mów!-pisnęła Olivia. Byłam zażenowana. Ania również siedziała, nie słuchając tych idiotycznych gatek. Ah biedna, a chciała iść. Jednak wiedziałam, że nie zrobiła tego z własnych chęci, chciała coś zobaczyć, czegoś dowieść. A wracając. Hm, Olivia zachowuje się bardziej jak mała dziewczynka, piszczy, skacze... Domyślajcie się dalej... Caroline lubi się chwalić i musi słuchać rozkazów..Camille. A Camille, to jest dopiero wybryk! Wywyższa się, twierdzi że jest naj..we wszystkim. Taka to żałosna trójca powstała.
-Odpoczęłaś trochę?-usłyszałam czyjeś pytanie. Za pewne Olivia...
-Tea-odpowiedziałam niechętnie-Okres rekonwalescencji mam już chyba za sobą.
-To dobrze. A będziesz jutro w szkole?-siedziałam bawiąc się bransoletką od Harry'ego. Kiedy usłyszałam drugie jej drugie pytanie, przystałam z zabawą. Spojrzałam na szklankę swojego soku, po czym odpowiedziałam dalej się wpatrując w napój:
-Wygląda na to, że to już chyba koniec mojego odpoczywania, z czego wynika, że raczej jutro będę-powiedziałam głośniej i pewniej, ale nadal nie tak głośno, jak mówiła reszta. Oli powróciła do rozmowy z innymi. (Inni, reszta, bez różnicy), mam na myśli tych zgromadzonych, zaproszonych z mojej klasy. Czyli te 8 osób, nie licząc mnie i Ani. Wyłączyłyśmy się prawie zupełnie z ich rozmów. Cichy sygnał dał znać, mam wiadomość. Po zobaczeniu nadawcy zdziwiłam się, bo napisała Ania. Kiedy odczytałam..Ha! Zaczęła gadać na trójcę, ze są głupie i nie wie jak można mieć tak mało IQ jak na taki wiek. Spojrzałam na Camille. Przyszedł kelner, żeby coś od niej zabrać i dać nową szklankę, ze świeżym sokiem. Zapowiadało się, że jeszcze to potrwa... I jak zwykle rozkazywała. Szkoda mi było tego kelnera. Oczywiście nakazy: zrób to, tamto... Jak z nią rodzice wytrzymują to ja nie wiem. prawie wszystkich wokół siebie traktuje jak służących. Jej byli nie wytrzymywali tygodnia. Ja tam na ich miejscu padłabym po dniu.
-Jak się spotkaliście?-zapytała Camille. Pytanie skierowane było do Luke'a. Chodziło jej o spotkanie mnie i Ani.
-Normalnie. Przyszedłem po nie-odpowiedział. W Camilii chyba się coś nabuzowało. Przyznam, Luke był chyba najprzystojniejszym chłopakiem w szkole, krążyły słuchy, że Camille się w nim podkochuje. Jednak taka była prawda, chciała go mieć. Taka zazdrosna.
-Jak to, PRZYSZEDŁEŚ?-spytała zdenerwowana, z naciskiem na przyszedłeś. Nie zdziwiło mnie to, zazdrośnica. Ona chyba myślała, że ja i Luke...
-Tak to, zajść nie mogłem?-spytał. Camille trochę się uspokoiła, po czym zwróciła się do mnie:
-Słyszałam, że One Direction będą koncertować. Za tydzień, tutaj w Londynie ('uff, a myślałam, że przez te miesiące ich nie zobaczę') Idziesz?-wiedziałam, że zaraz doda coś "od serca". I to będzie tak "nadludzko miłe" wobec mnie. No, tak musiało być...-A nie, sory. Przecież ty nie możesz-zaśmiała się-Kupimy ci jakiś bilet, nie martw się. Może być na tyle widowni?-dodała jeszcze.
-Hm, wiesz, na tył widowni? Dla dobrych koleżanek bliżej nie dasz? Myślałam, że masz serce-pogrążyłam się w udawanej rozpaczy-Przecież ja ich nigdy nie dotknę! Musisz mnie wpuścić obok siebie...tak blisko...-ona tylko się zdenerwowała, ale już tego wątku dalej nie drążyła. Za to zaczęła kolejny...
-Ah, a jak romans?-spytała z uśmieszkiem. Nie wiedziałam o co może jej chodzić. Potem doszłam do wniosku, ja i Ha..ale nie, po tym co dalej paplała..-Luke miał chyba fajnie z tobą...
-O czym ty mówisz?-wtrącił się Lucas.
-Ty serio, czy dla jaj?-zaśmiałam się.
-Serio-dodała-Przecież wy byście tak ślicznie wyglądali...Musiało być przecudownie, skoro wstąpił do ciebie do domu-westchnęła złośliwie.
-No ta... Ale wiesz..skoro chcesz chodzić z Lucasem, to przynajmniej go o to poproś. Ale wątpię, żeby chciał być twoim pupilkiem na posyłki-zrobiła się czerwona i kiedy miała zamiar coś krzyknąć lub cokolwiek dodać, ja jeszcze kończyłam-Aha i ty jesteś prawdziwą blondynką, czy tylko udajesz? Bo za inteligentna to ty nie jesteś-i w tedy razem za Anią wyszłyśmy, szybko dziękując Luke'owi oraz Olivii. To Oli zaproponowała mu kogoś wziąć.
-ONA-JEST-PSYCHICZNA-wydukała wyrazy Ania. Zaśmiałam się cicho-Ja więcej nie idę na spotkania z nią...Ale wiesz co Emila? Przynajmniej się pośmiałyśmy, a i najważniejsze..nie byłaś sama.
-Teaa Ania, nie byłam sama...-mruknęłam przypominając sobie tylko SMS-a, nic więcej.
-Nareszcie w domu-westchnęłam zdejmując kurtkę.
-No. Można odpocząć-powiedziała. Kiedy miałyśmy już iść coś przekąsić, usłyszałam pukanie do drzwi.
-Ty, Ema, jak to będzie Camille, albo któraś z nich to wołaj.
-Dobra idę-szepnęłam. Nawet trochę się przestraszyłam, a jeśli to byłyby one, z "całą armią"? Dobra...
-A tyyooo...niespodzianka do mnie? Dzień dobry!-wyszczerzyłam się i zaczerwieniłam. Myślałam, że to któraś z nich, albo Luke, albo...A to był listonosz. Ale wtopa! Uśmiechnął się, po czym zaczął:
-Witam. Tutaj proszę list po panny Emily-wyciągnął kartkę nie wiedząc komu dać, bo obok mnie stała Anka z oczami wlepionymi w rękę mężczyzny.
-To ja-uśmiechnęłam się.
-Aha, proszę. Wcześniej zachodziłem, ale nikogo nie było. List polecony, postanowiłem nie wrzucać go do skrzynki, tylko oddać osobiście-wręczył mi do ręki kopertę.
-Bardzo dziękuję-odpowiedziałam.
-Nie ma za co. To już będę się zbierał. Do widzenia!-zawołał.
-Do widzenia!-pożegnałyśmy się. Po zamknięciu drzwi Ania od razu przechwyciła list.
-Nie ma nadawcy-stwierdziła. Wyrwałam jej z rąk korespondencję do mnie i usiadłam na kanapie w salonie.
-Zawołam ciebie po wszystkim-powiedziałam do Anki. Ona wyszła z pokoju i czekała na wynik. Otworzyłam kopertę. W kopercie były bilety..i list.
____________________________________________________
Hej. Rozdział 20 napisany, ale nie wiem czy będą dalsze. Pod poprzednim rozdziałem nie ma żadnych komentarzy. Dla mnie to oznacza, że nikt nie czyta tego bloga. Proszę was o komentarze, oceniajcie. Pozdrawiam
Subskrybuj:
Posty (Atom)

