niedziela, 22 grudnia 2013

Rozdział: 27

-Niall! Lepiej nie podjadaj, dobrze ci radzę!-krzyknął Tomlinson kierując się w stronę blondyna. Wszyscy coś robili. Były to zwykłe czynności. Zayn, który niedawno wstał, latał od łazienki do swojej garderoby. Irlandczyk zamiast szykować śniadanie, podwędzał niektóre rzeczy. Lou pilnował go i sam zabrał się za przygotowanie. Anka szykowała nakrycie, Liam kończył sprzątać po dniu wcześniejszym. Ja z niewiadomych przyczyn stałam z założonymi rękoma patrząc na nich i nie wiedząc za co się zabrać. A Styles gdzieś wsiąkł. Widząc Lou samego, przygotowującego śniadanie, postanowiłam mu pomóc, bo Anka i Niall byli już zajęci zapasami między sobą. Dziewczyna powstrzymywała go od podjadania. Dobrze sobie radziła...z drugiej zaś strony on mógł dawać jej fory. Nie wnikałam. Podeszłam do blatu i zabrałam się za przygotowywanie kanapek. Lou zajmował się inną rzeczą-mianowicie coś smażył. Kątem oka widziałam jak spojrzał mi na dłonie, po czym powrócił do wykonywanej czynności. Uśmiechnęłam się. Wszystko robiłam szybko, ale zręcznie, starannie układając. I tak zostałoby to spałaszowane, ale cóż...tak już miałam. Kończąc swoją robotę, z ułożonymi już kanapkami na talerzu, moim ostatnim zadaniem było odstawienie naczynia na stół. Rozejrzałam się wokoło. Zayn'a i Harry'ego nie było. Widząc, iż reszta ma swoje zajęcia, postanowiłam ich poszukać. Cicho weszłam po schodach. Usłyszałam ciche dźwięki dochodzące z ostatniego pokoju-pokoju Malika. Delikatnie stąpając po podłodze, kierowałam się do wejścia pokoju, w którym byli. Zatrzymałam się przed drzwiami. W każdej chwili któryś z nich mógł wyjść, byłam więc czujna i ustawiona tak, aby jak najszybciej zniknąć im z oczu. Podsłuchałam kawałka rozmowy. Nie było to umyślne. 
-Nie wiem jak to zacząć. Znamy się już tyle czasu, ona wydaje się mi być inna. Po prostu wiem, że coś do niej czuję. Nie jestem pewien, czy ona czuje do mnie to samo. Chociaż Jennifer... Sam już nie wiem-słowa były cicho wypowiadane.
-Poczekaj. Zejdźmy już na dół, na pewno na nas czekają. Przyjdziemy po śniadaniu. Poszukamy czegoś dla ciebie, nie martw się-ten głos rozpoznałam. Była to bardzo dobrze znana mi chrypka. Wychodziło na to, że  poprzednie wyrazy były wypowiadane przez Malika. Postanowiłam jak najszybciej odejść stamtąd. Miałam pewne wyrzuty sumienia, nie powinnam przecież podsłuchiwać ich rozmowy. Jednak nie miałam takiego zamiaru. Zeszłam na dół. Już prawie wszyscy siedzieli przy stole. Ania i Lou donosili coś jeszcze. Usiadłam obok towarzyszki. Drugie miejsce obok mnie zajął Tommo. W niespełna minutę później, zjawili się Harry i Zayn. Loczek przeszył Lou dziwnym spojrzeniem, ukazał swoje dołeczki po czym usiadł między blondynem, a Malikiem. Przy posiłku nie brakowało żartów, dużo rozmawialiśmy, chyba tym byliśmy bardziej pochłonięci, niż jedzeniem. Nawet Niall mniej zjadał, co bardzo mnie zdziwiło. W pewnym momencie usłyszałam dźwięk, informujący mnie o nowej wiadomości. Szybko odczytałam treść: "Mama czuje się już lepiej, ale musi jeszcze tam zostać. Muszę się pozajmować wszystkimi sprawami. Chcesz do mnie przyjechać? Mam niespodziankę, Kelly." Natychmiast jej odpisałam, oczywiście zgodziłam się.  Byłyśmy umówione na 16. Chwilę potem ogarnęłam się, że mowa jest o spotkaniu z dziewczyną zwaną-Jennifer.
-Zdążę, nie martwcie się-zapewniał Zayn. Niestety tego samego dnia, wieczorem, chłopcy wyruszali w dalszą trasę. I pomyśleć, że przez 4 miesiące ich nie zobaczę!
-Mamy taką nadzieję-odpowiedział Niall.
-Ale słuchajcie, Zayn nie jest małym dzieckiem, któremu trzeba wszystko mówić. Wie doskonale co ma robić, zdąży-wtrącił się Liam. Ja mówiłam najmniej. Wolałam słuchać, niż paplać co mi przyjdzie do głowy. Natomiast odwrotnie było z Anią. Miałam ochotę poznać tą Jennifer, chciałam wiedzieć jaka jest, ale na to musiałam poczekać. Zanim się zorientowałam, reszta odchodziła już od stołu najedzona. Wzięłam trochę naczyń i przy pomocy Ani chowałam je do zmywarki. Chłopcy zajęli się resztą. Samolot mieli po 22, a było przed 9:00.
-Może chcecie do mnie wpaść?-zaproponowała Ania-Przedstawię wam kogoś.
Ponieważ Zayn był umówiony na 15, nie było przeszkód. Oczywiście poczekać trzeba było, aż Styles i Malik, coś wybiorą.
Mulat spotykał się z dziewczyną już dłuższy czas, nie byli jednak parą. Większość czasu, chłopcy spędzali razem, ale kiedy mógł, wychodził z nią-lubił jej towarzystwo. Przynajmniej tyle mi powiedział podczas drogi do domu Anki. Zresztą tyle mi w zupełności starczyło.
Bardzo serdecznie przywitała nas Kasia. Uwielbiałam ją, ta kobieta była cudowna. Kiedy mama Ani zapoznawała się z chłopcami ja w tym czasie stałam już normalnie z Anią. Zdjęcie butów i kurtek mało nam zajęło. Kiedy spoglądałyśmy na grupę, poczułam coś na nodze. Te coś jakby się przyczepiało. I bardzo te coś kochałam, a raczej kogoś. Cudowna Rosalie. Natychmiast podniosłam ją i trzymałam na rękach. Dziecko zaczęło się śmiać i złożyło mi pocałunek na policzku. Przytuliłam ją do siebie.
-Hej Rose-szepnęłam. Chciałam podejść do chłopców. Ania miała zamiar zapoznać ich właśnie z nią. Dziewczynka czując moje ruchy, odwróciła główkę i ujrzała ich. Otworzyła szeroko buźkę i schowała się w moich rękach.
-Nie bój się mała-ponownie szepnęłam. Dziecko mniej więcej wiedząc o co mi chodzi, ponownie spojrzało na chłopców, tym razem się nie odwracając się. Na pierwszy ogień wypadł Zayn. Stanęłam przed nim. Rose spojrzała na mamę Ani, a kiedy ta kiwnęła głową, dziewczynka odwróciła się do Malika. Objęła jego twarz i przyjrzała się mu. Robiła tak z każdym. Chociaż nie do końca każdym. Ostatni został loczek. Dziecko  otworzyło usta i zakryło oczy rączkami, ale tylko na sekundkę. Wyjrzała zza paluszków, wyciągnęła rękę i dotknęła jego włosów. Zerkała na niego. Drugą ręką również zaczęła bawić się jego włosami. Harry uśmiechnął się, a ta automatycznie cofnęła ręce i kciukami dotknęła dołeczków Hazzy. Zaczęła się śmiać. Wyglądała jakby chciała aby ją ponosił, bo wyciągnęła ręce w jego stronę i spoglądała na mnie. Miałam pewne wątpliwości, ale oddałam ją mu. Dziewczynka spoglądała w jego oczy.
-Rosalie-szepnął.
Na to mała roześmiała się. Uroczo wyglądali. Chłopak spojrzał na mnie i ukazał swoje dołeczki. Odwzajemniłam uśmiech. Rose ostatni raz go przytuliła, zanim Ania ją wzięła.
-Dobra, dosyć tych czułości-delikatnie wzięła małą-Musi jeszcze zjeść-zastanowiła się chwilkę-Harry, dobrze sobie radzisz. Myślałam, że mała będzie bardziej nieśmiała, a tu proszę.
       Po śniadaniu małej, znów przyszła do nas. Najdłużej jednak bywała z Loczkiem. Zayn również jej się spodobał. On był tym drugim jej ulubieńcem, po Hazzie. Jednak Rose nie zapominała o reszcie. W pewnym momencie powiedziała:
-Ciocia. Książka-po polsku.
Nastała cisza. Próbowali dojść, co ona powiedziała.
-To były słowa w naszym języku. Mała powiedziała po polsku-natychmiast im wytłumaczyłam. Oni się uśmiechnęli, a Rose pokazywała palcem na półkę z książkami, coraz bardziej się niecierpliwiąc. Kasia podeszła do zbioru bajek dziewczynki i podała jej ulubioną-"Czerwonego Kapturka". Rosalie wzięła ją do ręki i pokazała chłopcom siedzącym na kanapie...
       Miło spędziliśmy czas. Po pobycie u Ani, wszyscy mieli swoje plany. Zayn miał wyjść z Jennifer. W Londynie była rodzina Lou i Liam'a, mieli się z nimi spotkać. Niall, Ania, ja i Harry, pomyśleliśmy o kawiarni. Mieli po nas przyjechać o 14. Miałyśmy około godzinę. Szybko jej poszło, świetnie się ubrała. Od niej, poszłyśmy do mojego domu. Kompletnie nie wiedziałam w co się ubrać i kiedy pokazałam pierwszą sukienkę, spojrzała na moją dłoń.
-Co to?-spytała łapiąc moją rękę i przyglądając się błyskotce.
-Pierścionek-odpowiedziałam.
-No przecież wiem, ale od kogo? Hmm...Hazza, tak?
-Tak.
-Z jakiej okazji?-szeroko otworzyła usta, oczy, i ledwie usiedziała na miejscu.
-My..my jesteśmy razem, no wiesz...-szepnęłam cicho i niepewnie.
Mało co nie skakała na miejscu, po prostu rozpierała ją energia, która chyba nie miała końca.
-Ale...Ale dlaczego wcześniej mi nie powiedziałaś?!
-Nie było okazji...poza tym nie pytałaś. Lepiej pomóż mi coś znaleźć.
Doszłam do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem będą jeansy-czarne jeansy i luźna bluzka.

   Byli na czas. Wsiadłyśmy do samochodu. Tym razem za kierownicą był Niall. Harry miejsce obok kierowcy zwolnił Ani, a sam usiadł obok mnie na tylnych siedzeniach. Zajęłam miejsce tuż przy drzwiach, wiadome było, że usiądzie na środku. Podróż minęła szybko i spokojnie. Na miejscu zamówiliśmy czekoladę. Proste, dobre i rozgrzewające. Długo rozmawialiśmy, tematów było co nie miara. Ale jak to w kawiarni, było tam sporo ludzi-sporo fanek. Podeszły do nas i poprosiły ich o autograf. Oczywiście chłopcy wstali, porobiły z nimi kilka fotek...żeby to chociaż było kilka... Kiedy już poszły, oni spokojnie usiedli na swoich miejscach.
-Masa...cała masa dziewczyn...-powiedziała Ania. Oni się tylko uśmiechnęli.

  Postanowiłam, że następnym razem sama wracam do domu... Ania, Niall i Harry mieli po drodze...chcieli mnie odprowadzić, a że w domu była mama...-jak można jej odmówić? Zaprosiła wszystkich. Weszliśmy do salonu.
-Chcecie może coś zjeść?-od razu spytała. Tylko Niall powiedział, że chce.
-No, to chodź ze mną-powiedziała do blondyna-A wy też idziecie. Nie będziecie sami tutaj siedzieć. Zapraszam za mną.
No i poszliśmy. Mama zaczęła nas zagadywać. W międzyczasie robiła coś słodkiego.
-Emila, chyba ktoś do ciebie dzwoni-powiedziała Anka. Pobiegłam szybko na górę, wpadłam do pokoju i jak najszybciej odebrałam.
-Halo?
-Hej młoda. To jak, wybierasz się do mnie?-spytała Kelly. Ma piękny, nietypowy głos, rozpoznałabym ją po tym wszędzie.
-Hej. Tak, tak...Jednak będę po 16, przepraszam, ale wiesz, moja mama zaprosiła moich znajomych.
-Znajomych...Dobra, to czekam.
I się rozłączyła. Leżałam na łóżku gapiąc się w sufit. Szczerze mówiąc byłam zmęczona i wolałam tak pozostać jeszcze przez dłuższy czas. Zamknęłam oczy.
..pukanie..
-Wejdź.
Usłyszałam kroki w moją stronę.
-Można?-spytała znajoma chrypka.
-Można.
Poczułam jak kładzie się obok mnie.
-Tęskniłeś?-uniosłam powieki.
-Można by tak powiedzieć. Nie przychodziłaś, więc ja przyszedłem-uśmiechnął się.
-Jeszcze trochę poleżę. Jak chcesz to zejdź do nich-powiedziałam jednak odpowiedzi nie usłyszałam. Poczułam, jak kreśli opuszkami palców, na moim brzuchu małe kółka. To było przyjemne. Jego oddech. Czułam go na szyi. Potem delikatnie złożony pocałunek...i następne..coraz wyżej, aż do ust.
-Hazza-szepnęłam. Próbowałam jeszcze coś powiedzieć, ale moje słowa zostały stłumione pocałunkami. Coraz silniejszymi i przyjemniejszymi. Cały czas namiętnie całując złapał mnie za nogę i przeciągnął na siebie. Jego palce zjeżdżały po moich plecach w dół... Ręka zatrzymała się na jeansach (domyślajcie się...), druga na talii.
Moje ręce leżały na jego torsie. Nawet przez koszulkę, czułam jego ciepło. Przeczesałam ręką włosy chłopaka i pocałowałam go w czoło.
-Będę tęsknić, wiesz?
-Wiem, ja też będę-odpowiedział mocno mnie przytulając.

      Byłam w drodze do domu Basi. Mijałam zabudowania. Potem widać było tylko drzewa. Czasem jeszcze zdawało się dostrzec nielicznie występujące domy.
Podziękowałam mojemu kierowcy i skręciłam w bok, w stronę domu. Była punkt 16. Nie spóźniłam się. Zapukałam do drzwi domku. Nikt nie otworzył. Pomyślałam, że Kelly może być w stajni. Tam też nikogo nie było, jednak po koniach również ani śladu. Wyszłam więc drzwiami naprzeciwko. Wypuściła je. Kiedy wyszłam i skręciłam w bok, w drogę na pastwisko, ujrzałam Kel jak siedzi na dotąd nie widzianym mi kucu.
-Cześć-powiedziałam cicho.
Dziewczyna kiedy mnie usłyszała, natychmiast zsiadła i podbiegła go mnie.
-Och Emilko! Jak ty wyrosłaś! Jak ja się cieszę, że cię widzę-uściskała mnie. Była ode mnie starsza o 3 lata, ale traktowała mnie jak równą sobie. Jej nie obchodziło, że jestem młodsza. Na równi-jakbym była w jej wieku.
-Też się cieszę. Nowy nabytek, tak?
-Tak. Jakiś czas temu urodził się on. Znajomy powiedział, że nie ma co z nim zrobić-oddał go mi. I cieszę się z tego-pogłaskała zwierzę-Jeszcze nie wiem jak go nazwę, ale już niedługo będzie miał imię. Chcesz mi pomóc?
-W wymyślaniu imion, to ja raczej słaba jestem. Zostawiam to tobie-uśmiechnęłam się.
           Pomogłam jej w paru rzeczach. Szybko nam to poszło, więc miałyśmy jeszcze czas na odwiedzenie Basi. Mnóstwo czasu. Postanowiłyśmy, że pójdziemy piechotą. Po drodze kupiłyśmy sok i owoce.
Kiedy byłyśmy już na miejscu, w sali gdzie leżała, była pielęgniarka, ale widząc nas wyszła, aby nam nie przeszkadzać.
-Cześć ciociu!-podeszłam do niej mocno ją przytulając-Jak się czujesz?
-Mogłabym już wyjść, ale chcą mnie tutaj trzymać...-mruknęła-Czuję się bardzo dobrze.
-Tak, tak mamo, gdyby tak było, toby ciebie wypuścili-zaczęła Kelly.
-Gadanie...
-Przyniosłyśmy sok i owoce-wtrąciłam się.
-Ale nie trzeba było-uśmiechnęła się.
-Jak to?-zapytałyśmy zdziwione chórem-Przecież ty nic nie masz.
-Przed godziną jeszcze miałam. A i będę mieć.
-Od kogo?-spytałam. Jednak to nie było potrzebne... Gdy patrzyłyśmy na ciocię, usłyszałyśmy dźwięk zamykanych drzwi. Kiedy się odwróciłam, ogromnie się zdziwiłam. Uśmiechnął się i spojrzał wyczekująco na Barbarę. 
-Chodź tutaj, posiedzisz z nami-powiedziała z uśmiechem na twarzy. Stolik Basi był po mojej stronie, więc przeszedł za mną. Potem stanął obok mnie patrząc na ciocię.
-Dziękuję. Widzicie? Wszyscy mi coś kupiliście. ja nie wiem jak to zjem...-uśmiechnęła się-Pomożecie mi.
-Harry, jak ty tu..?
-Normalnie. Chciałem odwiedzić twoja ciocię-odpowiedział spokojnie.
    Miło spędziliśmy czas, ale musieliśmy już iść. Loczek miał jeszcze chwilkę zostać i zapytać o wyniki, kiedy ją wypuszczą... A my miałyśmy czekać przed szpitalem. Rozglądałam się wokół, aby mieć coś do roboty. Nikt specjalnie nie przechodził, przejeżdżały raczej  tylko samochody. Ktoś wyszedł zza rogu budynku znad przeciwka. Za nim jeszcze jedna osoba. Przyjrzałam się im. Dostrzegłam znajome mi twarze. Tony i...Luke. Może to dziecinnie wyglądało, ale stanęłam za Kelly. Ta myśląc, że się wygłupiam, po prostu się odsunęła. Spojrzałam na tamtą dwójkę. Tony szedł przed siebie, na nikogo nie patrzył, za to Lucas się rozglądali dostrzegł mnie. Odruchowo odwrócił głowę, ale upewniwszy się, że to ja zatrzymał się i pociągnął Tony'ego za kurtkę. Antony od razu mi pomachał. Nie chciałam machać ze względu na Luke'a, ale Tony nic nie zrobił. Niepewnie odmachałam, a widząc to Lucas automatycznie ruszył w moim kierunku, Tony za nim. Żałowałam tego, to był zły pomysł, mogłam przecież następnego dnia wszystko wytłumaczyć Antony'emu. Niestety w tedy na to nie wpadłam. Przyspieszyli kroku. Natychmiast odwróciłam głowę, nie chcąc na niego patrzeć.
_____________________________________________________________
Heej!
Bardzo się cieszę, wyświetlenia w górę! ;)
Mam nadzieję, że się podoba, moze coś zmienić? Może macie propozycje?
Bardzo Wam za wszystko dziękuję! :*
Proszę o komentarze-to dla mnie taka mała motywacja. Ty nic nie tracisz! :)
  Najlepszego w te święta! :3

sobota, 14 grudnia 2013

Rozdział: 26

-Chciałbym, abyś przed moim wyjazdem wiedziała. Dla mnie jesteś...kimś niezwykłym.. Ja..gdybym mógł tylko zostać w Londynie!
-Ja za to zostaję, jeśli przyjedziesz-będę! Będę czekać na twój powrót, tutaj, w Londynie-odpowiedziałam-Uwierz, ten czas szybko minie, nie odejdę.
-Mam taką nadzieję...
-Po prostu uwierz.
-Wierzę-objął mnie-Jeszcze jeden obrocik? 
-Niech ci będzie-uśmiechnęłam się.


-Liam! Oni znowu gdzieś zniknęli, tylko Niall został. Wiesz może dlaczego ich nie ma?-spytałam.
-Nie mam pojęcia-odpowiedział.
-Znowu coś ukrywasz?
-Tym razem nie-uśmiechnął się-Niedługo muszą wrócić.
"Mam nadzieję"
Kiedy Li zaczął szukać reszty, ja dosiadłam się do Ani.
-A gdzie blondyn?-spytałam.
-Chciał coś zjeść. Na szybki powrót nie licz-powiedziała-A gdzie Liam, loczek?-rozejrzała się wokoło.
-Pierwszy poszedł szukać drugiego. Zresztą tamci też gdzieś zniknęli.
-Chłopcy! Papużki nierozłączki, wszędzie razem-westchnęła. Zaczęłam bawić się włosami. Powoli wstałam z krzesełka. W końcu musiałam któregoś z nich poinformować o moim wyjściu. Po paru minutach odnalazłam Liam'a na tarasie. Wolno i cicho szłam w jego stronę.
-Nad czym myślisz?-zapytałam.
-Sam nie wiem...-odpowiedział.
Oparłam się o barierkę, patrzyłam w niebo.
-Dlaczego wy wtedy zniknęliście? Czy to ze względu na loczka?
-Hmm...Nie zupełnie tylko o niego. To również dotyczyło ciebie-odpowiedział z namysłem.
-Ale dlaczego..mnie?
-Wiesz, tutaj nie chodzi o...Zresztą... Większość rzeczy Harry robi sam. Nie pyta-robi to, co mu się żywnie podoba. Jednak nie tym razem.. Wielki Styles, prosi o radę. O to nigdy nie pytał.
-Że słucham?
-Ach! Powinnaś wiedzieć, po co wyszedł... Ale cóż, chciałaś coś?
   Oni o wszystkim wiedzieli! Powinnam się domyślić. Oni udzielili tylko..rady. On prosił o pomoc w takiej sprawie. Mógłby mieć każdą, nie raz słyszało się o kolejnych, ale teraz? Nie wiedział, jak się zachować w stosunku do mnie. Och Hazza!
-Liam, odprowadzisz mnie do domu?-spytałam po dłuższej ciszy między nami.
-Nie.
-A zawołasz kogo...
-Nie. Nie zawołam, nie odprowadzę. Nocujesz-nie przyjmuję odmowy.
-Ale..
-O wszystko zadbam, nie musisz się martwić-zapewnił mnie.
-Skoro tak mówisz...-objęłam go. Czułam, że zawsze można na niego liczyć. Taki chłopak to skarb. Zawsze ciebie wysłucha, nie odmówi. Porozmawialiśmy jeszcze trochę, po czym skierowałam się w stronę łazienki.

   Wyszło na to, że nocowałam z Lou. Zostało jeszcze parę osób. Byłam już gotowa do snu. Ułożyłam się wygodnie, obok już chrapał Louis. Lekko pociągnęłam kołdrę. Zamknęłam oczy. Po kilku minutach poczułam chłód, więc spojrzałam na chłopaka. Cały się owinął pierzyną. Ponownie pociągnęłam ją do siebie, jednak bez skutku. W pokoju nie zobaczyłam innego okrycia. Uchyliłam drzwi pokoju obok. Ujrzałam w nim parę osób, w tym Liam'a. Nie chciałam ich budzić. I tak w kolejnych. W każdym z nich był któryś z chłopców-prawie w każdym. W tym ostatnim powinien być Zayn. Nie było go. W sumie mógł pójść wszędzie. Zeszłam na dół. Było ciemno, pokój oświetlało tylko lekkie światło gwiazd i księżyca. Jeszcze nie wszystko było sprzątnięte. Rozejrzałam się dokoła. Mój wzrok zatrzymał się na postaci. Wolno chodziła, była po drugiej stronie. Zauważyła mnie i kierowała się w moją stronę. Zaczęłam wolno się wycofywać. Wystraszyłam się. Zauważyłam chłopaka o znanych mi rysach twarzy i magicznym uśmiechu..
-Dlaczego nie śpisz?-spytał Zayn. Jego oczy błyszczały niczym gwiazdy.
-Lou..Szukałam jakiegoś koca...-szepnęłam-A ty? Dlaczego nie jesteś w łóżku?
-Nie mogę zasnąć. Zawsze spoglądanie w niebo mnie uspokaja. Zapominam o wszystkim-odpowiedział.
-Ah..To ja nie przeszkadzam, pójdę na górę, poradzę sobie...
-uśmiechnął się-Chodź znajdziemy coś.
  Zaprowadził mnie do jakiegoś pokoju. Otworzył szafę i szukał tam rzeczy mi potrzebnej. W między czasie spoglądałam na ściany. Było tam pełno graffiti. Znakomicie dobrane kolory, starannie zrobione, mądre cytaty. Zayn się postarał.
-Nie patrz na ściany-mruknął.
-Cudownie! No, masz talent-poklepałam go po ramieniu-Znalazłeś już?
Chłopak kiwnął głową i wyszliśmy z pokoju. Podał mi ciepły, miękki, delikatny koc.
-Dziękuję Zayn.
-Nie ma sprawy. Jakbyś czegoś chciała, to będę tutaj, albo u siebie-odpowiedział.
-Dobranoc-szepnęłam.
   Szłam do pokoju z okryciem, którego Tommo już by nie zabrał. Szybko zasnęłam.


Fazę hibernacji miałam już za sobą. Otworzyłam oczy. Obraz miałam rozmazany, sprawdzonym sposobem na to było szybkie mruganie. Odwróciłam się w stronę brzegu łóżka.
Chłopak spoglądał na mnie, po czym powiedział:
-Dzień dobry Emily.
-Ha-Harry? Hej. Co ty tu..?-spytałam zaspanym głosem.
-Miałem nadzieję, że pójdziesz ze mną do sklepu. Chłopcy są zajęci, a Niall'a nie chcemy puścić nawet w towarzystwie Annie.
-Dobry wybór. Ann nie żałowałaby pieniędzy. Eh..Daj mi 5 minut.
-A się wyrobisz?-spytał.
-Tak, z całą pewnością mogę stwierdzić, że zdążę.

5 minut później...

-Ha! Widzisz? Jak chcę to potrafię-uśmiechnęłam się zakładając buty. Harry wziął portfel i wyszliśmy. Wyszliśmy z domu. Zaproponował pójście pieszo.. Po drodze zawiadomił mnie o odwiedzeniu galerii. Miałam pewne obawy, niebo było pokryte chmurami, ale na opady raczej się nie zapowiadało.

  Weszliśmy do środka. Czego można było się spodziewać? Masy fanek biegnących w jego stronę. Oddaliłam się od nich o kilka kroków. Chłopak próbował szybko załatwić sprawę, ale co jakiś czas przybiegały kolejne. Po paru minutach pożegnał się z nimi. 
-Możemy już iść-złapał mnie za rękę. Rozglądałam się wokół. Widziałam masę sklepów, do których chciałam później zajść z Anią. Takich okazji nie można było przegapić! 
  Chłopak zatrzymał się pod sklepem z biżuterią.
-Chodźmy-weszliśmy do środka. Hazza przywitał się z jakimś chłopakiem. Był to sprzedawca owych błyskotek. Loczek zapoznał nas ze sobą i powiedział, żebym sobie coś wybrała.
 Nie nastawiałam się na kupno biżuterii. Wybrałam się z nim do sklepu, a teraz ten każe mi coś wybrać. Jak to wygląda? Fatalnie... Nie chciałam, aby mi coś kupował. Wystarczyło mi jego towarzystwo. W salonie z biżuterią, było jeszcze kilka par. Kiedy moją uwagę przykuły pierścionki, kątem oka widziałam Hazzę z czymś w ręku. Widać było po nim, że był zdenerwowany. Wzrokiem powróciłam do oglądania pierścionka.
-Podoba ci się?-spytał. Uśmiechnął się lekko i schował to, co trzymał w ręce.
-Ładny jest. Idziemy?
   Wyszliśmy z galerii.
-Którędy?-spytałam.
-Chodźmy przez park-odpowiedział. W sumie był blisko. W drodze na miejsce, zaczął prószyć śnieg. Tego się nie spodziewałam, trochę pogorszyło mi to nastrój. Szliśmy wolno. Harry zatrzymał się w pewnym momencie. Skręciliśmy w bok. Stanął naprzeciw mnie i złapał moje ręce.
-Już ci kiedyś mówiłem, że jesteś wyjątkowa?
-Wiesz, nie przypominam sobie-uśmiechnęłam się.
-Wiedz, że jesteś moją własną, największą definicją szczęścia-Wyciągnął z kieszeni małe, czerwone pudełeczko, z śliczną kokardką. Otworzył je i zapytał:
-Zechcesz uczynić mnie najszczęśliwszym chłopakiem i zgodzić się być moją dziewczyną?-spytał uroczo.
Odjęło mi mowę. Po policzku spłynęła mi łza.
-Tak-szepnęłam. Wziął delikatnie moją rękę i nałożył pierścionek-Chodź tu...-pociągnęłam go na płaszcz.
____________________________________________________
Wyrobiłam się dzisiaj. Wyświetleń przybywa, za co Wam bardzo serdecznie dziękuję! ;* Niestety z komentarzami gorzej. Chciałabym wiedzieć, czy komuś się to podoba, czy wręcz odwrotnie. Dla Was to chwila, a dla mnie chęć do dalszego pisania. Zachęcam do czytania dalszych rozdziałów.
Pozdrawiam :*

niedziela, 8 grudnia 2013

Rozdział: 25

-Mogę prosić?-zapytał. Kiwnęłam twierdząco, złapał mnie za rękę i wyszliśmy razem z innymi parami na parkiet. Wyglądałam Ani. Była bezpieczna, podszedł do niej także wystrojony Irlandczyk. Ach ta Anka, zawsze kogoś wyrwie. Uśmiechnęłam się. Z głośników zaczęły dochodzić dźwięki. Nie umiałam tańczyć, dlatego nie chciałam pójść. Ale jeśli nie taniec z jakimś chłopakiem, to z Anią chcącą rozruszania mnie. Harry idealnie prowadził, ja wyglądałam za pewne jak lama próbująca za nim nadążyć. Pewne kroki Hazzy... Próbowałam tańczyć jak najlepiej. Miałam nadzieję, że było nie najgorzej.  Ance i Niall'owi świetnie wychodziło.
-Skąd się nauczyłeś tak tańczyć?-spytałam przerywając ciszę między nami. Ukazał tylko swoje dołeczki.
*obrót*-Bo wiesz, wspaniale ci idzie.
*przyciągnięcie*-Tobie również-odpowiedział. Wiedząc, że tańczyć nie umiem, nic nie mówiłam. Piosenka zbliżała się ku końcowi-coraz wolniejsze nuty. Spoglądałam dokoła. Moje oczy nie mogły znaleźć punktu, na którym mogłyby się skupić. Mając go obok siebie, nie zwróciłam uwagi. Dostrzegłam to, co miałam cały czas przed sobą. Oczy...te zielone, hipnotyzujące tęczówki. Wpatrywał się we  mnie. Automatycznie spuściłam wzrok, a widząc schodzących ludzi, zrobiłam to samo i podziękowałam.

Dowiadując się, że pewne osoby nagrywały tańczących, czym prędzej do nich podbiegłam i wyrwałam telefony. Miałam wielką ochotę zniszczyć je, ale po co? Skoro można usunąć te okropne filmy. Nie myśląc o przebiegłym marchewkolubie, jemu nie zabrałam. Nagranie wyświetlone zostało, a wszyscy widzieli tę tragedię stulecia. Tragedię-myśląc do tamtej pory. Wcale nie było najgorzej, było o wiele lepiej niż myślałam. Cudownie tańczące pary-piękny widok. Szło mi, znaczy nam, całkiem nieźle. Dowiedziałam się, że umiem tańczyć, to jeszcze bardziej mnie zadziwiło. Zawsze niechętnie tańczyłam, ale widząc nienaganne ruchy-zmieniłam zdanie. Anka i blondynek wywijali jak szaleni, chyba najlepiej ze wszystkich.
-Widzisz? I nie trzeba było się tak bać-szturchnęła mnie towarzyszka z uwagą spoglądając na nagranie. W sumie miała rację.  
 Od tamtej pory ktokolwiek poprosił, wychodziłam z nim. Po prostu wiedziałam, że nie ma się czego wstydzić.

Siedziałam obok Ani, rozmawiałyśmy o następnym dniu. 
"Gdzie mogłybyśmy pójść?"
Oczywiście wybrany od razu został sklep z ubraniami. I czego tu się spodziewać po dziewczynach? Ania od razu zaczęła opowiadać... Gdzie pójdziemy, co kupimy...Za to ją uwielbiałam-zawsze wiedziała co będzie robić. Wszystko zaplanowane, miała głowę na karku. Potrafiła wyjść z każdej sytuacji. Najczęściej bez minusów dla swojej strony. Szturchnęła mnie.
-A on co stoi taki jakiś poddenerwowany?-spytałam wskazując na Harry'ego. Obok niego stali Niall i Zayn, Liam i Louis wyszli na dwór. Trójka rozmawiała ze sobą. Loczek się kręcił niespokojnie, mulat zatrzymywał, a blondyn wyjaśniał. Dziwniejsze było jeszcze to, że Lou całkowicie znikną, a Liam kogoś wypatrywał. Podszedł do mnie i zagadał o czymś błahym, odpowiadałam krótko szukając trójki. 
-Jak się bawisz?
-Dobrze.
-Może powiesz coś więcej?
-Jest wspaniale. Świetne jedzenie i reszta. A teraz cii...
Zniknęli. Liam stojąc zasłonił mi ich położenie, raczej specjalnie. Rozglądał się, a kiedy się odsunął ich już nie było. Wstałam z krzesełka i udałam się do miejsca gdzie poprzednio stali. Nie mogli się przecież rozpłynąć, musieli gdzieś być. Poszukiwania poszły na marne, nie znalazłam ich. Mogli być dosłownie wszędzie. Do mnie dołączyła Ania, mając "na ogonie" Irlandczyka. 
"A więc jednak się rozeszli..."
Mogłabym przecież zapytać, ale odpowiedzi nie dostałabym. Wolałam nie ryzykować. 
...jak gdyby nigdy nic...
Udałyśmy się na swoje miejsca. Rozglądałam się niespokojnie, ale prócz Niall'a nikogo z nich nie dostrzegłam. Siedziałam niecierpliwie. Zostałam poproszona przez jakiegoś chłopaka. Taniec był chyba najlepszym wyjściem, kilka minut szybciej by zleciało, a może zobaczyłabym ich. Marne szanse...


Wszystko było prawie w jak najlepszym porządku. Nie licząc tylko tego dziwnego zdarzenia. W takim tłumie, zrobiło się duszno, wyszłam więc się przewietrzyć.
   Podwórko za domem było ogromne. Wątpiłam w obejście całego ogrodu. Skierowałam się więc do lekko oświetlonej altany. Weszłam do środka. Usiadłam na ławce i przyglądałam się wszystkiemu wokoło. Było ciepło, ale znacznie chłodniej niż w środku. Rozpięłam kurtkę, usadowiłam się wygodnie i przymknęłam oczy. Było przyjemnie, można by było tak trwać jeszcze dłużej, ale czas szybko mija, ciekawość przebija lenistwo. Zrobiło się jaśniej, wstałam więc i wyszłam zobaczyć owe zjawisko. Uśmiechnęłam się lekko. Chmury prawie całkowicie zniknęły z rozgwieżdżonego nieba. Stałam samotnie wpatrując się w poświatę księżyca. Teraz najważniejszy był księżyc.
-Cudownie, prawda?-usłyszałam znajomy głos z chrypką.
-Tak-odpowiedziałam nie odwracając się w jego stronę.
"Gdyby tylko zatrzymać czas..."
Odwróciłam głowę. Jego tęczówki ponownie przyciągnęły mój wzrok. Objął mnie w talii. Stał za mną wpatrując się w księżyc, zastanawiając się nad czymś... Stanął przede mną, dalej mnie trzymając.
-Jakie słowa mogą określić uczucia, tak trudne do wyznania-mówił i powoli zaczął się poruszać, ja się cofałam-dalej objęta.
-Trzeba je tylko odpowiednio dobrać-rzekłam ciszej. Stanęłam, nie mogłam się już ruszyć. Byłam w sytuacji bez wyjścia. Wszystko zależało już tylko i wyłącznie od niego.
-Ale czy tych słów...-szepnął-...nie mogą czasem zastąpić czynności?-przyciągnął mnie do siebie. Usta się zetknęły. Wargi zaczynają pracować. Serce bije gwałtowniej, oddech staje się szybszy. Ręce opiera o altanę, przyszpilając mnie do niej. Przyjemność, która narasta, pocałunki coraz silniej wzmacniają coś, czego do tej pory nie mogłam nazwać. "To coś" pojawiło się od tamtej chwili, od chwili w kawiarni. Dziwne uczucie, niewytłumaczalna dawka energii...tylko w jego towarzystwie. Trzeba się pogodzić z prawdą...
______________________________________________________
Cześć! Starałam się wczoraj dodać, ale cóż, nie udało się. Mam nadzieję na komentarze, bo na prawdę, jak się je czyta, to jest chęć do dalszego działania. Tak więc zachęcam do dalszego czytania i komentowania. ;)

niedziela, 1 grudnia 2013

Rozdział: 24

-Dziękuję kochana-powiedziałam między łyknięciami wywaru, którego przygotowaniem zajęła się Judy-Co to?
-Em...coś na uspokojenie i gorączkę. Jakiś lek-ostatnie dwa słowa starała się mówić tak cicho, abym tylko nie usłyszała.
-Jakiś lek, powiadasz?..Ehh... To ty nie wiesz co podajesz?-zatrzymałam się, po czym dodałam-Wariatka z ciebie.
-Wiem-uśmiechnęła się-Ale wiesz...Przestraszyłam się. Krzyczałaś, a kiedy przyszłam, jakbyś się szarpała. To okropnie wyglądało...bo ty..-resztę dokończyła szeptem-ty płakałaś, rozpaczliwie płakałaś!-widząc to, co ujrzałam..(we śnie rzecz jasna) było nie do zniesienia. Potem widziałam loczka. Leżał w bezruchu, jego wargi stawały się być sine. Wokół czerwona ciecz. Klęczałam przed nim, błagałam, żeby się obudził, ale nie reagował. To na nic. Złapałam go za jego lodowatą dłoń i przyłożyłam do swego policzka. A za mną słychać było piski opon i sygnały-tchórz uciekał przed policją. A potem? Potem czułam dłonie, silne dłonie, które ciągnął mnie. Odsuwają mnie od niego. Wyciągają czarny worek... Odsuwają, od tego kochanego loczka i już nigdy, ale to nigdy, nie zamienię z nim żądnego słowa. Ale nie, to nie może być możliwe...to nie może być prwadą, to się nie dzieje, jak mogę znów utracić ukochanego? Ukochałam ojca, teraz go-i wszystkich ich straciłam. To już nie będzie to samo. Tego, którego nigdy wcześniej nie miałam-odszedł na zawsze i już nie wróci. Lęk przed przyszłością, był coraz silniejszy. Łkanie, wyrywanie się niczego nie daje. Wyrywam się, dobiegam do niego..próbuję jeszcze coś zrobić, ale to na nic. Szepce jeszcze na pożegnanie:  'Bywaj, czekaj tam na mnie'
 I tak oto nie mogłam tego znieść.
-A to Amerykę odkryłaś...-mruknęłam.
-Dobra, idź, odpoczywaj.

  Zaczęłam mrugać oczami, aby sobie w jakimś stopniu wyostrzyć wzrok. Czułam się, jakby mnie z krzyża zdjęto. Spróbowałam wyjść z pościeli. Ze wstaniem było ciężej, a po, jeszcze gorzej. Świat zaczął mi wirować, nie utrzymałam równowagi (wierzcie, w tamtym stanie, to nie było mowy o czymkolwiek). Kiedy leciałam, ktoś z boku podbiegł do mnie i złapał. Przez tamtą chwilę myślałam, że trzyma mnie ktoś zaufany.
"A mogłam przecież od razu spojrzeć..."
Otworzyłam oczy...
Nie wiem czego on ode mnie chciał, ale nie miałam najmniejszej ochoty na przeprowadzanie z nim rozmowy. Jakiejkolwiek rozmowy. Ale cóż... Kiedy wracałam na równe nogi, próbowałam samodzielnie dotrzeć do kuchni. Czołgając się, turlając ze schodów-nie ważne. Ważne, że nie dzięki niemu.
-Zostaw-szturchnęłam go po dłoniach. Zabrał je, a ja o własnych siłach doszłam do schodów.
-Skąd ty się tutaj wziąłeś? Czego chcesz?
-Judy, zadzwoniła...-zaczął.
-Judy, ach tak? Wiesz co? Nie kończ. Idź.
-Posłuchaj...-próbował dojść do słowa.
-Nie Luke...To ty mnie posłuchaj. Zachowujesz się jak małe dziecko. Obrażasz się. Kiedy tylko widzisz mnie i Harry'ego, to jesteś wściekły. Patrzysz z nienawiścią. A teraz przychodzisz? Nawet nieszczęsnego przepraszam nie usłyszałam.
-No wiesz, ale gdybyś dała mi dojść do sł...-uniósł ton.
-Nie kończ. Wyjdź...-szepnęłam i kierowałam się do kuchni, na nogach, o własnych siłach a on stał za mną-nie powiedział nic. Z trzema talerzami czekała Judy, ale widząc brak chłopaka, natychmiast odłożyła ostatnią porcję. Jadłyśmy w ciszy, póki nie przerwała:
-Lepiej się czujesz?
-Wiesz mój znachorze... Po twoich naparkach czułam się raczej tragicznie.
-Wiesz, ja tam myślę, że wcale tak źle nie było-uśmiechnęła się.


  Kierowałam się ku stajni. Konie same by się nie wyczyściły. Podeszłam do pierwszego, nazywał się Optimus. Weszłam do boksu, zaczęłam go szczotkować.
-Jak ci idzie?-zapytał Luke.
-Znowu ty? Czy musisz wszędzie za mną chodzić?-odpowiedzią na moje pytanie był jego uśmiech-Czego chcesz?
-Musimy porozmawiać.
-Wydaje mi się, że nie mamy o czym.
-Mamy, uwierz-mamy. Posłuchaj...no nie wiem od czego by tu zacząć. W sumie nie mam nic do stracenia...słuchaj...-wziął głęboki wdech-ehh..ja ciebie lubię, tylko wiesz, tak bardziej-czyli tylko ja jedyna się nie domyśliłam?
-Wiem, dzięki, każdy mi to mówi. Po za tym, jeszcze nigdy nie usłyszałam bardziej szczeniackiego wyznania-powiedziałam obojętnie, trochę złości w tym było. Chciałam ponownie wejść do boksu, ale ten złapał mnie za rękę. Zajęta tym chłopakiem, nie usłyszałam jak ktoś wjeżdża na posiadłość.
-No nie zgrywaj niedostępnej-przyciągnął mnie do siebie.
-Nie zgrywam niedostępnej i daj mi trochę przestrzeni osobistej!-uniosłam głos. Dwie dłonie położył na moich policzkach, zbliżył usta i przymrużył oczy. Gwałtownie się odsunęłam.
-Nie, ja nie mogę!
-No daj mi...poka...
-Nie. Odsuń się ode mnie. Nie dotykaj mnie!-krzyknęłam i wybiegłam ze stajni-wynoś się!
  Na podwórku stał już samochód chłopców. Wbiegłam więc do domu, z hukiem zamykając drzwi. Wszyscy wyszli z salonu.
-Co się tak patrzycie?-rzuciłam, po czym weszłam do pokoju i zamknęłam drzwi. Rozłożyłam się na na łóżku. 
Dlaczego to zawsze muszę być ja? Mam już tego dosyć! Prawie każdy zawsze coś ode mnie chce. Nie mam już siły. Nikt go o nic nie prosił, a już na pewno nie ja. Co on sobie myślał? Przecież to jakieś chore...
-Wejść-rozkazałam po usłyszeniu pukania. Zza drzwi wyłonił się Liam i Zayn.
-Co się stało?-zapytał Li. Obok mnie usiadł Daddy, a naprzeciw na krześle Malik. Machnęłam ręką.
-Nie ma o czym mówić. Myślałam, że jest godny zaufania. Byłam w ogromnym błędzie, dopiero teraz do mnie to doszło.
-siedzieli przez chwilę na swoich miejscach, Malik gwałtownie wstał-No to będziemy mieć z nim do porozmawiania-powiedział Zayn-Idziemy Liam, laluś posunął się za daleko.
-Czekajcie! Wy myślicie o Harry'm?-zatrzymałam ich.
Pokiwali twierdząco głową, a ja zaczęłam się śmiać.
-Nie chodzi tu o Hazzę. Jeśli nie macie pojęcia o kogo-nie przejmujcie się. Dowiecie się w swoim czasie-zapewniłam ich.
-Dobrze, to chociaż zejdź z nami na dół-zaproponował Zayn.
-Nie, dzięki. Pobędę sama. A wy lećcie-ponagliłam ruchem ręki.


  Następnego dnia miał być pierwszy dzień marca. Miałam szczerą nadzieję, że śnieg zacznie w końcu znikać. W końcu powinno zbliżać się do wiosny, nie powracać do zimy...
-Droga panno! Pokażesz nam w końcu co potrafisz?-usłyszałam srogi głos nauczycielki W-Fu. Swoje słowa kierowała do mnie. Ania szturchnęła mnie, a Judy stojąc za profesorką, próbowała mi pokazać o co chodzi. Podeszłam na środek i zrobiłam swoje.
-Dziękuję-poszła okrążyć klasę. Kolejny raz to samo... Mogłaby zarządzić siatkówkę, nogę, nie wiadomo co, ale nie to!
-Ta kobieta jest chyba od tego uzależniona. Na każdej lekcji to samo-szepnęłam do Ani i Judy.
-Każdy tak sądzi-odpowiedziała Ania.
-Ale wiesz, wszyscy boją się jej tego powiedzieć. Ona jest straszna-dodała Judy.
-Pani profesor!-zawołała Camille patrząc na mnie.
-Słucham?-zapytała wrogo wuefistka. 
-Emily twierdzi, że pani W-F jest nudny i monotonny, cały czas jest to samo. Proszę coś zrobić z tym pani profesor!-naskarżyła. Nauczycielka wyjrzała zza okularów.
-Wystąp-rozkazała mi-Czy to prawda?
-Tak-odpowiedziałam normalnie. Nie dałam po sobie znaku dziwnego lęku, przed postrachem uczniów. Szeroko otworzyła oczy, po czym powiedziała:
-A więc. Przyjechałaś z Polski, tak? Opowiedz proszę, co tam robiłaś, jak ci się tutaj nie podoba.
 Pięknie, niezły popis! Ale od kiedy przyszłam do tej szkoły, prawie bez ustanku było to samo. Trzeba było coś z tym zrobić, ale nie wiedziałam jak. Nadarzyła się świetna okazja.
-A różne rzeczy. Siatkówka, koszykówka, piłka nożna, ręczna, rzuty kulą, dyskiem...można by tu wymieniać, stanie na rękach też było. Moja szkoła dbała o to, by lekcje W-Fu były urozmaicone. Zresztą jak i inne.
-Coś takiego!-wykrzyknęła i rozejrzała się po wszystkich uczniach-Po tylu latach pracy, słyszę coś takiego! Uczennica mówi co ma być na lekcji! Już sama nie wiem! Chociaż...Ale wiesz co? Może i masz rację, punkt dla ciebie. Zaproponuj coś-uśmiechnęła się. Wszyscy otworzyli szeroko usta. Ona pierwszy raz w swojej karierze się uśmiechnęła. To było coś! Postępy...
-Nie uwierzyłabym, gdyby ktoś powiedział, że ta szkoła nie organizuje żadnych zawodów-zaczęłam.
-No, to nie uwierzysz. Nie ma obecnie zawodów-odpowiedziała, bezradnie rozkładając ręce. Opowiedziałam jej o różnych dyscyplinach sportowych-szkolnych. Wiadomo-wiedziała, ale w jakich konkursach moglibyśmy wziąć udział. O to mi chodziło. Mieliśmy 2 godziny pod rząd. Rozporządziła więc, że zapisze naszą szkołę i w tym samym dniu i następnych, sprawdzi uczniów, którzy mogliby się do tego nadawać. Nie tylko naszej klasy, ale również i innych.
  Kolejne lekcje schodziły wolno i nudnie, ale na ostatniej, kiedy usłyszeliśmy o następnym, wolnym dniu, czas minął szybciej.


-No nie wierzę! Czy wy to słyszałyście?! Będę w reprezentacji siatkówki!-wykrzyknęła Ania.
-Ja z tobą nożnej-zwróciła się do mnie Judy-Albo jeszcze załapię się na koszykówkę.
-Ja się wam dziwię, jak wy możecie lubić te kopanie piłki. Przecież to bez sensu...
-Aniu droga, ten sport trzeba lubić-odpowiedziałam. Było to już po szkole, zaproponowałam gofry, a że wszelkie słodkości uwielbiamy (można by było powiedzieć, że to nasza pasja) skusiłyśmy się. Siedząc w kawiarni omawiałyśmy wszystkie zmiany zapoczątkowane skargą Camille. Posiedziałyśmy chyba godzinkę. Judy musiała wracać.
-Ania, jedziesz ze mną do domu Basi?-zapytałam.
-Jasne. Mama na pewno pozwoli-uśmiechnęła się. Zamówiłyśmy taksówkę. Czekałyśmy oczywiście pół godziny, bo jak można by było szybciej, prawda? 


-Nie mam pojęcia. Po prostu nie chcę. A czy muszę tam iść? Jedźcie beze mnie-próbowałam dalej wmówić chłopakom i Ani, że nigdzie mnie nie wyciągnął, nie mam zamiaru się ruszać.
-No chodź! Już ciebie proszę chyba 10 minut, zobaczysz! Rozerwiesz się!-namawiała mnie przyjaciółka.
-Ale Kelly...-zaczęłam. Liam wyciągnął swój telefon i pokazał wiadomość, w której kuzynka już wie i spokojnie możemy iść. Nie było już żadnej opcji odmowy-w końcu się zgodziłam. Było po 21. Poszłam do łazienki ogarnąć się przed wyjściem. Nałożyłam ciemną sukienkę, po czym weszłam do pokoju, gdzie już na mnie czekali.
-No kochana! Wyrwiesz wszystkich-wyszczerzyła się Ania.
-Jakoś nie mam ochoty-mruknęłam. Według mnie wyglądała o niebo lepiej. Musiała oczywiście zajechać do domu po sukienkę, jakby inaczej? Ubrani i gotowi wyszliśmy z domu. W pierwszym samochodzie za kółkiem siedział Harry, a w drugim Liam. Osobiście wolałam Daddy'ego, ale cóż, oczętom zielonookiego trudno jest odmówić. Siedziałam z przodu, obok kierowcy. Za mną siedział Louis, cały czas żartujący, na środku królowa moich bajek-Anna, cudownie wyglądająca, a u jej boku, piękny, jej irlandzki książę. Liam i Zayn, pojechali drugim samochodem, mieli podjechać po swoich znajomych. Już w mieście, na światłach, Hazz spojrzał na mnie tak, że aż przeszył mnie dziwny dreszcz. Uśmiechnął się i przygryzł lekko wargę. Uśmiech oczywiście odwzajemniłam. Aby wybrnąć z tej niekomfortowej sytuacji, spojrzałam na światła-zaczęło jarzyć się zielone.
-Samochody ruszają, łap za kółko-szturchnęłam go lekko.
-Jak tylko sobie życzysz-odpowiedział. 
   Podjechaliśmy pod ogromną posiadłość. Brama się otworzyła i zaczęła się droga pod ogromnymi drzewami. Aleja wyglądała przecudnie. Czasem za jakimś pniem "wyrastał" kolejny cudownie zdobiony lampion. 
"Jeśli zimą wygląda to tak cudownie, to wiosną będzie tutaj jak w bajce."
Harry wjechał na oświetlony po bokach podjazd. Zatrzymał się, po czym wyszedł razem z Niall'em i Louis'em. Blondyn otworzył drzwi Ani, a mi loczek. Obaj złapali nas za ręce i delikatnie pomogli wysiąść. Dygnęłyśmy z gracją na podziękowanie. Kierowali nas ku ogromnemu domowi. Co by tu dużo pisać. Dom-cudo. Przez okna widać było różnokolorowe światła. Zaprosili nas do środka. Impreza już się zaczęła... Naszym oczom ukazał się tłum ludzi, oczywiście świetnie bawiących się. Chłopcy zapoznali nas z niektórymi i kazali się rozgościć. Czułyśmy się nieswojo, widząc tyle nieznanych twarzy. 
-Chodź tam-wskazała Ania. Miejscem, do którego się kierowałyśmy był bar. Usiadłyśmy na wysokich stołeczkach.
-Mówiłam ci, aby tutaj nie przychodzić-szepnęłam.
-Proszę cię, zobaczysz, będzie fajnie, jeszcze się rozkręci-co do tego, w tamtej chwili miałam wątpliwości.
-Coś dla pań?-spytał barman, uśmiechając się do nas.
-Dwa drinki-powiedziała Ania, szybko skarciłam ją wzrokiem, więc dodała jeszcze-bezalkoholowe-nie chciało mi się niczego pić, ale w końcu nic innego do roboty nie było. Nie miałyśmy co ze sobą zrobić, tyle ludzi wokoło. Zagadać-nie ma mowy! Pozostały nam tylko pogaduchy. Rozmawiałyśmy spokojnie, kiedy przyjaciółka szturchnęła mnie i wskazała głową na schody. Po nich stąpał Harry. Wyglądał jak bóstwo. Cudowny anioł, którego piękniejszego od niego innego być nie mogło. Swoim wyglądem, zniewolił wszystkie, ale to wszystkie-bez wyjątku dziewczyny, które tam były. Zostałyśmy kompletnie zahipnotyzowane. Jednym klaśnięciem przywołał wszystko-i wszystkich-do porządku, choć nie było całkowitej pewności.
-I co? Będziesz tańczył?-zapytał Niall.
-Tak-odparł.
-To będzie ostro!-zaśmiał się Lou. Loczek kierował się ku większej, jakby to ująć-gromadzie dziewczyn, w której znajdowałyśmy się ja i Anka. Puszczanie oczek, urocze spojrzenia-nie wywierały na nim większego wrażenia. Przechodził jak wilk, szukając zdobyczy do tańca, tylko że w tym wypadku, owce same pchały się do jego gardła i już kroczył do swojej ofiary. Szedł poprzez tłum dziewczyn, patrząc w naszą stronę-moją i przyjaciółki.
"Czy to ja zawsze muszę być tą watą cukrową?"
-Wybaczcie drogie panie, ale ten taniec jest już zarezerwowany-powiedział do reszty, podszedł i wyciągnął do mnie rękę.
___________________________________________________
Cześć wszystkim! Wybaczcie, że wczoraj wieczorem nie było, ale uwierzcie nie dałam rady napisać. Serdecznie Was pozdrawiam, zachęcam do czytania kolejnych rozdziałów i komentowania-mobilizuje. ;)

sobota, 23 listopada 2013

Rozdział: 23

Wstałam wcześnie, przed 6:00. Wstałam opierając się o łóżko. Kiedy miałam wychodzić z pokoju, rozejrzałam się jeszcze wokoło. "Zapewne już poszedł" Uśmiechnęłam się lekko. Stąpając ociężale po schodkach, usłyszałam dźwięk patelni. Mamy nie było w domu...Spodziewałam się złodzieja, wychodząc z założenia -mama w pracy-,-on poszedł-. Niespokojnie i cicho szłam s stronę kuchni. Kiedy weszłam zastałam Harry'ego.
-Hej, co tak wcześnie?-uśmiechnął się.
-H..hej. Co to za hałasy?
-Obudziłem ciebie? Ah, przepraszam, wypadła mi z ręki.
-Nie, nie przepraszaj-zaśmiałam się cicho-Kiedy schodziłam na dół usłyszałam hałas-dokończyłam, a ten kontynuował robotę.
-To ja może pójdę do łazienki-powiedziałam szybko obracając się na pięcie i wychodząc z pomieszczenia. Hazz tam stał tylko w bokserkach. Jego pięknie urzeźbiony tors, po prostu przyciągał mój wzrok. Łazienka, to było chyba jedyne wytłumaczenie.  Z resztą i tak miałam tam pójść.
 Wzięłam swoje ubranie z szafy po czym weszłam do łazienki. Chciałam wziąć poranny prysznic. Orzeźwiający, na pobudzenie. Usłyszałam odgłos otwierających się drzwi. Ręcznik wisiał na kabinie, więc szybko się nim owinęłam. Wyjrzałam zza drzwiczek.
-Ekhem-odchrząknęłam. On się odwrócił...
-Wow-usłyszałam. Gapił się na mnie.
-Harry, mógłbyś wyjść?-spytałam.
-Tea...chwila..
-Harry!
-Aha tak, już wychodzę, przyszedłem tylko po koszulę i spodnie-sięgnął po swoje ubrania podniósł i pokazał-Widzisz mam-uśmiechnął się.
-No masz, a co masz zrobić?
-Zajebiście wy...
-Wyjdź, proszę wyjdź-byłam załamana, zażenowana, a jednocześnie rozbawiona. Posłusznie wyszedł odwracając się jeszcze. Kiedy zamknął drzwi, szybko do nich podbiegłam, (na wszelki wypadek dalej w ręczniku) zamknęłam je. Powróciłam do poprzedniej czynności.
 Weszłam do pokoju, aby wziąć telefon. Zobaczyłam wiadomość od Ani. Zgodnie z treścią sms-a zadzwoniłam do niej.
-Hej dzięki-powiedziała cicho.
-Hej kochana. Co się stało?
-Głowa mnie boli, to za pewne przestanie, ale dzisiaj nie pójdę do szkoły.
-Śniadanie gotowe-ujrzałam stojącego w progu wejścia do mojego pokoju Harry'ego.
-Słyszę, że nie jesteś sama, ani sama nie pójdziesz. Już się nie martwię. Do zobaczenia-powiedziała. Tym razem jej głos brzmiał lepiej.
-Pa.
Zeszliśmy na dół. Chłopak zrobił naleśniki. Były bardzo smaczne. Podziękowałam mu za śniadanie. Zaczęliśmy się ubierać. Wyszedł pierwszy, następnie ja zamykając drzwi. Nagle usłyszałam jak ktoś wykrzykuje moje imię. Spojrzałam w bok, to był Luke. Za pewne szedł do Tony'ego. Pomachałam mu. Popatrzyłam jeszcze na niego. Wyglądał, jakby chciał przejść przez tą jezdnię, pójść do mnie skręcił więc w bok, w moją stronę. Poczułam, że ktoś za mną stoi. Odwróciłam głowę i podniosłam ją ku górze. Hazz spuścił wzrok na mnie i się uśmiechnął, co ja odwzajemniłam. Lucas mieszkał prawie naprzeciw mnie, na tej samej ulicy, tylko po drugiej stronie. Kiedy zobaczył mnie i Harry'ego, jakby zboczył z kursu i odwrócił się w stronę domu Antony'ego. Odszedł bo zobaczył nas. To robiło się coraz dziwniejsze.
-Idziemy?-z zamyślenia wyrwał mnie loczek.
-A tak w ogóle to ty chcesz mnie odprowadzić pod szkołę? Przecież nie jestem małym dzieckiem.
-Nie jesteś. Ale podprowadzę ciebie do parku-uśmiechnął się. 
 Szliśmy razem rozmawiając i śmiejąc się. Doszliśmy do miejsca, w którym mieliśmy się rozejść.
-No to do zobaczenia-powiedziałam.
-Może pójdziemy gdzieś dzisiaj? Wiem! Do twojej cioci.
-Dobra...ale idź najpierw jej pomóż-uśmiechnęłam się-I weź chłopców.
-Nie ma sprawy-odrzekł.
 Kiedy wchodziłam do szkoły, widziałam jak Luke i Tony idą po schodach na górę. Tony odwrócił się, ale Luke go szturchnął. Antony pomachał do mnie ukradkiem. W szatni spotkałam Judy.
-Co z nim jest?-spytała. Dałam znać, że nie wiem o kogo chodzi-No Lucas. Jakiś taki dzisiaj dziwny przyszedł do szkoły. Był taki zdenerwowany, czasem się dziwnie uśmiechał..Oschle się do mnie zwracał. Współczuję Antony'emu, jak on z nim wytrzymał-zaczęłam kojarzyć fakty. Uśmiechnięty chłopak, chcący do mnie podejść...
-Chyba wiem, o co mu chodziło...-powiedziałam niechętnie-Kiedy wychodziłam z domu, usłyszałam jak mnie woła. Odmachał mu. Chciał do mnie podejść, ale zobaczył Hazzę stojącego za mną i odwrócił się-dodałam-odwrócił się i poszedł.
-Olśniło mnie!-wykrzyknęła Judy-Może on się w tobie, heh wiesz, a kiedy zobaczył was razem, po prostu się wkurzył!-nie no! Tego było już za wiele...
-To jakiś obłęd! Ja już słyszałam opowieści o mnie i Stylesie i wierz mi, mam już tego dosyć. To słyszę o mnie i loczku, to teram o mnie i Luke'u. Po za tym, kto by mnie chciał!
-Nie mów mi teraz, że brzydka jesteś! Spójrz na mnie!-nie skomentowałam, nie doceniała dziewczyna swojej urody.
-Ja po prostu wiem, że nikt się we mnie nie zakochał. I proszę nie wmawiaj mi czegoś innego.
"Jestem nienormalna!"
-Dobra, okej, ja już nic nie mówię...
 Lekcje przebiegały zgodnie z planem. Uczennice tej szkoły były  bardzo sympatyczne. Niestety aura pogodowa była nie do zniesienia. Już za kilka dni marzec, a śnieg znów sypnął. Cały czas padał. Niespodziewanie na przerwie przed ostatnią lekcją i na końcowych zajęciach, loczek się do mnie dobijał. Na nieszczęsnej chemii odbyło się małe odpytywanko. Już chyba nic mogło bardziej popsuć nam humoru. Jakoś wybrnęliśmy. W końcu nie wytrzymałam. Odczytałam wiadomość na lekcji. Pytał, o której kończę, odpisałam szybko i schowałam telefon. Prawie wszystkie klasy kończyły w tedy zajęcia. I prawie wszystkie to widziały. Otóż przystanek był kilka kroków od szkoły. Ci,którzy czekali na autobus bacznie wszystko obserwowali. Ogromny dziedziniec, był mniej więcej w połowie zapełniony. Tamto wydarzenie kompletnie popsuło mi nastrój. Otóż zaczęło się od wołań: "koń, koń!". Zdziwiłam się, bo skąd mogłoby się tam wziąć te zwierzę. Wokół chodników były obsadzone drzewa. Zza roślin zaczął się wyłaniać parzystokopytny koń arabski..kary... Pokłusował do mnie i stanął. Wiercił się niespokojnie. Spojrzałam w ciemno-brązowe tęczówki, to była Flicka. Razem z Judy uspokoiłyśmy ją trochę. Podbiegły do nas cztery sympatyczne dziewczyny. Sytuacji przyglądali się uczniowie stojący na przystanku, pod szkołą, w oknach budynku-prawie wszyscy. Camille, Caroline i Olivia nie mogły przegapić tej sytuacji. Autobusy nie przyjeżdżały, był niesamowite korki, więc spokojnie można było oglądać zaistniałe wydarzenie. A do tego, to nie był koniec tak zwanych atrakcji. Znowu słychać było wołania, ale do nich dochodziły jeszcze...piski. Kiedy stałam zastanawiając się, jak ona tutaj się znalazła, odpowiedź już jechała. Słyszałam stukot kopyt, a za drzewami migającą postać siedzącą na koniu. Jechali rozpędzeni szybciej niż Flicka, a uwierzcie mi, ona gna jak szalona. Zza drzew wyłonił się Harry... Czy to nie za dużo jak na jeden dzień? Widać nie. Stąd te piski. Wszystkie dziewczyny były wniebowzięte widząc Harolda, a chłopacy pełni podziwu. Jechał na Orlandzie, jakby inaczej. Gwałtownie zahamował.
-Musimy jechać-szybko zsiadł ze zwierzęcia.
-Dlaczego ty jesteś na koniu?
-Samochód nawalił, przecież mieliśmy się dzisiaj spotkać u twojej cioci. Byłem wcześniej, obiecałem ci!-faktycznie, obietnicy dotrzymał-Nie ma czasu do stracenia!
-Ale co się stało?-pytałam dalej zdezorientowana.
-Basia...-szepnął. Już się domyśliłam. Złapał mnie za rękę i pomógł wsiąść na Flickę. Judy mnie szturchnęła i wskazała na Luke'a. Był okropnie wkurzony, jakby na cały świat. Patrzył na mnie ze złością...i czymś jeszcze, czymś milszym. Harry już dosiadł konia, a widząc jego okropne spojrzenie, sam odwdzięczył się jemu tym samym.
-Ruszamy?-spytał.
-Zabierzmy Judy-poprosiłam. Kiwnął twierdząco głową. Nie wiedziała do kogo ma usiąść. Zobaczyła mój wzrok i szybko zdecydowała się na mnie.
-Gotowe?-Judith pisnęła 'Tak' Ruszyliśmy. Musieliśmy pędzić.
-Twoja ciocia, zasłabła, karetka nie przyjeżdża, mają dużo wezwań, a do tego trudny dojazd. Twoja mama jest lekarzem, musisz coś wiedzieć!
-Postaram się-jęknęłam.
 Gdy dojechaliśmy, Louis odprowadził konie, a Judy została, aby się przywitać. Miała do nas przyjść. Pobiegliśmy do domu. Kiedy Liam nas zobaczył, wyszedł na chwilę.
-Najszybciej karetka będzie za pół godziny-wyszeptał.
-A Kelly powiadomiona?-spytałam.
-Znaleźliśmy jej numer, jutro będzie-odpowiedział. Otóż owa Kelly, to córka cioci. Raz na miesiąc przyjeżdża tutaj. Nie widziałyśmy się od 5 lat. Miałyśmy ze sobą dobre kontakty. Zadzwoniłam do mamy. Powiedziała, że postara się ściągnąć karetkę i przyjechać. Dała mi instrukcje. Jeżeli Basia, poczułaby się gorzej lub nie miała pomocy medycznej..Wolałabym nie mówić co by się stało. Po kilku minutach ciocia się obudziła.
-Emilko, tak się cieszę, że ciebie widzę-ledwie powiedziała.
-Ja też ciociu cieszę się, że ciebie widzę. A teraz odpoczywaj-złapałam ją za rękę. Zamknęła oczy, oddychała, puls miała wyczuwalny, po prostu zasnęła. Kiedy zsiadałam z Flicki, bya zdenerwowana, wierciła się, nie dawała się zaprowadzić, Louis ledwie ją złapał. Pobiegłam do stajni, do mojej karej.
-Hej mała. Jak tam?-szepnęłam. Usiadłam na beli siana i łzy zaczęły napływać mi do oczu. Basia-tak ją kochałam, była dla mnie jak siostra, przyjaciółka. W każdej chwili jej stan mógłby się pogorszyć. A jeszcze do tego ten okropny śnieg! Wszystko przez tą pogodę! Twarz ukryłam w rękach. Usłyszałam czyjeś kroki. Ten ktoś usiadł obok mnie i objął.
-Wyjdzie z tego-zaczął mnie pocieszać znajomy głos z chrypką. Odpowiedzią dla niego był mój kolejny wybuch płaczu.
-A co jeśli nie zdążą? Przecież to bardzo prawdopodobne-powiedziałam dławiąc się łzami.
-Nie załamuj się. Musisz być silna. Ona chciałaby, abyś była twarda. Wytrzymaj. Zrób to dla niej i..
-I dla ciebie?-uśmiechnęłam się lekko.
-Tak, i dla mnie. Bądź silna, zobaczysz będzie dobrze-podał mi chusteczki. Wzięłam jedną, może dwie. Ogarnęłam się trochę.
-Już nie płacz-ścisnął mnie mocniej. Odwróciłam głowę w jego stronę, on w moją. Nasze czoła się zetknęły, a my uśmiechnęliśmy się. To przyciągało, nie było oporu, nie wiem jak byś się starał, tego nie zatrzymasz. Delikatnie musną moje zimne wargi, tego nie można było powstrzymać, prócz osoby trzeciej, którą w tamtym wypadku była Judy. Nie wiedziała co zrobić. Czy iść, czy zostać, kręciła się w kółko.
-Chodźmy już do środka-powiedziałam trochę rozbawiona sytuacją. Judy opowiedziała nam o polepszeniu się stanu cioci i o przyjeździe mamy z karetką. Kiedy mama mnie zobaczyła wyszła na chwilę, obok mnie stał loczek.
-Płakałaś?-zapytała zmartwiona.
-Tak, ale już jest dobrze-odpowiedziałam. Mama spojrzała na Harry'ego uśmiechnięta i puściła do niego oczko.
-Mamo, co to miało znaczyć?-spytałam.
-Nic, nic...-mruknęła.
-Mamo!
-Ja muszę już lecieć, do zobaczenia wieczorem!-pobiegła do karetki byleby tylko nie odpowiadać. Nagle coś mi się przypomniało, a raczej ktoś. Musiałam przecież zanieść zeszyty Ani. Poprosiłam chłopców i Judy o pozostanie w domu, a sama pobiegłam do Ambulansu. Poprosiłam o podwózkę. Ciocia o wiele lepiej już się czuła.
 Zapukałam do drzwi. Otworzyła mi Ania, nie ta chora, a roześmiana. Kiedy weszłam, Rosalie raczkowała, robiła ogromne postępy. Weszłyśmy do pokoju Ani. Notatki były krótkie, przepisywała ok. 20 minut.
-I co mówił?-zapytała podekscytowana.
-Niall? A wiec mówił, że pięknie śpiewasz, masz piękne oczy...tylko tyle wyciągnęłam z loczka-powiedziałam, po czym spróbowałam soku.
-A! Nie mogę się obudzić, nie mogę się obudzić-szeptała.
-To nie sen, tak było na prawdę-zaśmiałam się.
-Moje marzenie! Jak myślisz podobam mu się?-szarpała moją ręką z podniecenia.
-Nie wiem, ale rękę mi zaraz rozerwiesz. Zmieńmy temat.
-No dobra, a ty opowiadaj co dzisiaj robiłaś.
-W sumie nic ciekawego.
-Jak to nic?! W całym internecie o tym trąbią!
-A konkretnie?
-No jak po ciebie przyjechał i w ogóle...-rozmarzyła się-gdybym ja miała kogoś takiego...
-Rozumiem, na wszystkich portalach?
-Wymieniać? Facebook, Twitter i inne, portale plotkarskie, informacyjne. Cały internet o tym trąbi! Gdzie nie spojrzysz newsy o was! Już pisali, że kręcicie ze sobą-mówiła. Parsknęłam śmiechem.
-A ciebie co bawi?
-Nic.
-No przecież wiem, że ty coś ukrywasz. Mi nie wmówisz, znam ciebie lepiej, jak nikt inny!
-Jaasne...
-Chyba, że o czymś nie wiem.
-Nie wiesz o dzisiejszym okropnym zachowaniu Luke'a. Kiedy zamykałam drzwi, on zawołał mnie, ja odmachałam. Chiał do mnie pójść, ale kiedy zobaczył Hazzę stojącego za mną, wycofał się. A kiedy miała miejsce sytuacja pod szkołą, spojrzał na mnie dziwnie, a na loczka z nienawiścią.
-Zazdrośnik i tyle.
-Eh, miałaś rację...
-Z czym?
-Dowiesz się w swoim czasie-powiedziałam, po czym pożegnałam się z przyjaciółką.
 Wysiadłam z taksówki. Doczłapałam się do domu cioci z ciężką torbą ubrań, kosmetyków i jedzenia.
-Już wróciłaś? Co tam masz?-zapytała zaciekawiona Judy.
-Ubrania. Dla ciebie i dla mnie. Jak nie będzie ci coś pasować, to włóż coś Kelly, zostawia tutaj niektóre swoje rzeczy.
-Zadzwonię tylko do mamy-wyciągnęła telefon. Jej matka pozwoliła nocować.
-A gdzie chłopcy?
-Pojechali na koncert-rzeczywiście. Jak mogłam zapomnieć?
  Odrobiłyśmy lekcje, przynajmniej część. Włączyłyśmy sobie jakiś film romantyczny. Był nudny, ale na zabicie czasu zawsze coś. Kelly miała przyjechać następnego dnia wieczorem, więc jeszcze trzeba było trochę w nim pobyć.
 Dom był ogromny i pięknie urządzony. Każdy pokój był i inny i każdy coraz bardziej ciekawszy. Zrobiony był w stylu góralskim-drewniane wnętrze. Cudownie to wyglądało. Ogromne żyrandole, stare, ładne, w jak najlepszym stanie meble.
-Dziękuję, że zostałaś. Musiałabym sama spędzić tutaj tę noc-szepnęłam do przechodzącej obok Judy.
-Nie ma sprawy-uśmiechnęła się-Zawsze to coś nowego. Było około 20:00. Byłam okropnie zmęczona, z resztą ona także. Przygotowałyśmy się, zjadłyśmy kolację i położyłyśmy się do łóżek. Spałyśmy w innych pokojach, a było ich sześć nie licząc pokoju kuzynki i cioci, łazienki i kuchni. Judy zajęła pokój naprzeciw mojego. Drzwi do nich były otwarte.

~~                                                                                                                     ~~
-Nie możesz tego zrobić! To nie jego wina!-krzyczałam z całych sił.
-Ach tak?!-jeszcze mocniej złapał za szyję Harry'ego, który ledwie oddychał i stał na nogach. Pistolet, cały czas był przyłożony do jego skroni.
-Puść go! Puść go, a pójdę z tobą!-wrzeszczałam. Oddaleni byli ode mnie o około 10-15 metrów.
-Nie rób tego! Idź-odezwał się loczek-Tamten znowu go mocniej ścisnął. Kolejna łza spłynęła mi po policzku. Patrzyłam to na niego, to na zielonookiego.
-To chodź tutaj!-rozkazał. Szłam wolno, ale odważnie. Na odległości około 5 metrów, poprosiłam go o wypuszczenie Stylesa. W takich chwilach trudno jest racjonalnie myśleć. Podeszłam jeszcze kawałeczek. W tamtej chwili świat nie miał dla mnie znaczenia, już nic...
-Zostaw go w spokoju!-krzyknęłam po raz kolejny.
-W spokoju? Niech więc tak będzie-warknął. 
-Uciekaj-jęknął loczek i to było ostatnim słowem, które wypowiedział. Nacisnął spust...Głuchy strzał...
___________________________________________________________________
Chciałabym podziękować osobom, które czytają tego bloga. Troszkę dłuższy. ;d Do miłego! Pozdrawiam.

niedziela, 17 listopada 2013

Rozdział: 22

Koncert...Było cudownie, brak mi słów. Ale myślę, że chcieli popełnić swój życiowy błąd. Na szczęście była przy mnie Ania. Tak, otóż wszystko było pięknie, ładnie do czasu kiedy mogli wziąć na scenę pięć dziewczyn. Niall wskazał na mnie, a że byłam w pierwszym rzędzie, wyciągnął rękę. Były już cztery. Wykorzystałam obecność Ani i lekko ją popchnęłam w stronę blondyna. Dotknął już ją, nie mógł po prostu jej odrzucić. Uśmiechnął się i wciągnął dziewczynę na scenę. Przyjaciółka odwróciła się w moją stronę. Lekko się uśmiechnęła po czym dała znak, że mi się to nie upiecze. Zaśpiewali razem. Ich głosy, tej dziesiątki pięknie się ze sobą skomponowały. Kiedy była solówka jednego, to z nim śpiewała jedna dziewczyna. Akurat na Anię, wypadł Niall. Ale i tak najlepsze było to, że Irlandczyk zadedykował piosenkę Ance. Ona stała z mikrofonem i na niego patrzyła, jak na bohatera. Z resztą wszystkie zgromadzone tak na niego patrzyły. Przyjaciółka miała łzy w oczach, próbowała się powstrzymać, ale to nic dało. A po zakończeniu piosenki, przytulił ją. Szybko zrobiłam zdjęcie, uroczo to wyglądało. Rozejrzałam się na boki, a fanki robiły serduszka z dłoni i uśmiechały się. Cóż, nie byłam gorsza, zrobiłam to samo. Kiedy wyswobodziła się z uścisku, te cztery dziewczyny już schodziły ze sceny, poczekały na nią. Ona do nich podbiegła i kiedy wracały na swoje miejsca, Ania jeszcze raz spojrzała w stronę Niall'a. On spojrzał na nią i ukazał swoje ząbki. Jednak nie żałowałam. Ania świetnie się bawiła i myślę, że blondynek też. "Więc dobrze zrobiłam" Tak, ta szybka i na początku zdawałoby się śmieszna sytuacja/decyzja, jak wolicie, okazała się być niezwykłą rozrywką...myślę, że dla wszystkich.
 Po tym już niestety kończył się koncert. Zostałyśmy jeszcze trochę, po czym wyszłyśmy z areny.
-I jak było?-szepnęłam.
-Ty jeszcze pytasz? Przecież było cudownie, nie da się tego opisać słowami!-pisnęła.
-Wiem kochana...
-Nie zatłukę ciebie.
-No ja myślę-mruknęłam.
-Zawsze chciałam to zrobić, zaśpiewać z nimi. A tu proszę. Marzenie stało się rzeczywistością. Dziękuję, na prawdę dziękuję-mówiła.
-Ale za co?-spytałam uśmiechając się.
-Nie denerwuj mnie, za wszystko. Tak, zdecydowanie za wszystko-po wypowiedzi szłyśmy przez chwilę w ciszy. Postanowiłam to przerwać:
-Jak Rosalie?
-A mała... No więc jest cudowna. Często się śmieje, jest grzeczna. Nawet nie wiesz jak fajnie raczkuje. Zaczyna dopiero. Rączka za rączką, nóżka za nóżką i bach! I jak się przewróci, to nie płacze, tylko uśmiecha. Urocze dziecko!-westchnęła Ania. Musi być bardzo ujmująca.
-A pan Grzegorz kiedy wraca z Norwegii? Wie już o małej?
-Mój tato? Tak, wiedział wcześniej niż ja. Ucieszył się. No niestety nie wiem kiedy będzie. Będziesz chciała do nas zajrzeć?-zapytała. W sumie chciałam zobaczyć małą. Kiwnęłam twierdząco głową. Kiedy przyszłyśmy do domu Ani, ciepło przywitała nas jej mama. Usiadłam na kanapie w salonie i spoglądałam jak tam radzi sobie z raczkowaniem Rosalie. Mała miała 8 miesięcy, niebieskie oczy i cieniutkie, kasztanowe włoski na główce. Była piękna, zdrowa, a co najważniejsze, znalazła rodzinę. I oby z nią została. Posiedziałam jeszcze trochę, po czym zaczęłam się zbierać. Pożegnałam się i wyruszyłam do domu. Szłam spokojnie myśląc o małej i koncercie.
-Emilko! Zaczekaj!-usłyszałam za sobą kobiecy głos. To była mama, ale wolałam się upewnić...Tak, to ona.
-Heej mamo.
-Jak tam było na koncercie?-spytała zaciekawiona.
-Opowiem ci w domu-odpowiedziałam.
  Mama zrobiła kolację. Usiadłyśmy do stołu.
-No, teraz mogę opowiadać-no i zaczęłam. Powiedziałam jeszcze o wizycie u Ani.
-Widziałam ją. Dzisiaj. Kasia chciała zobaczyć, czy nie jest chora, taka wizyta po przyjacielsku-uśmiechnęła się-A ten Niall, to który to? Ten blondyn?
-Tak, ten niebieskooki blondyn.
-Ah! Uroczy chłopiec. Tydzień temu? Nie pamiętam dokładnie, kiedy wracałam z pracy z zakupami, pomógł mi zanieść je do domu.
-Podlizywał się i tyle-zaśmiałam się.
-A ty tam wiesz najwięcej...-chciała pokazać język, ale to nie przystoi dorosłej kobiecie.
-Wiem co chciałaś zrobić!-zawołałam.
-Aj tam! Lepiej idź do pokoju uczyć się. Jutro do szkoły.
-Tak jest mamo, tylko skończę.
 Poszłam na górę do pokoju. Położyłam się na łóżku. Nie zdążyłam nawet zebrać myśli, kiedy ktoś zaczął do mnie dzwonić.
-Halo?-spytałam.
-No cześć-usłyszałam znajomy głos.
-Witam, witam-uśmiechnęłam się.
-Jak było?
-Oj Hazz, ty dobrze wiesz, że było wspaniale...-westchnęłam.
-Masz gości?
-Nie, a dlaczego pytasz?-niepotrzebnie spytałam. W telefonie usłyszałam, jak Harry do kogoś puka, a kilka sekund później moją mamę wołającą, abym zeszła na dół. Nie rozłączając się zeszłam ze schodów i poszłam do holu. Ujrzałam loczka, który trzymał telefon przy uchu.
-Witam-powiedział ukazując dołeczki.
-Witam-odpowiedziałam rozłączając się.
-To ja wam nie przeszkadzam-powiedziała mama znikając za drzwiami.
-Niespodzianka-uśmiechnął się.
-Widzę właśnie...chodź do pokoju-zaproponowałam.
-Z wielką przyjemnością-powiedział odkładając swoje buty i wieszając płaszcz.
 Kiedy byliśmy na górze, kazałam mu siąść na łóżku, po czym się do niego dosiadałam.
-Tęskniłaś?
-Mogłabym ciebie zapytać o to samo. Nudno mi było bez was-niepotrzebnie to powiedziałam, bo to spojrzenie mnie trochę przeraziło. Uśmiechnął się cwaniacko.
-Śliczne są z nich gołąbeczki-zaczął.
-Ale z kogo?
-Ania i Niall.
-A co? Mówił coś potem o niej? No gadaj no!
-Mówił, że ma piękne oczy, pięknie śpie...
-Ooo...muszę jej to powiedzieć!-pisnęłam podekscytowana i ciekawa jej reakcji.
-Przerwałaś mi-spojrzał na mnie, tym razem bez uśmiechu. 
-Przepraszam, no mów.
-Dlaczego ty nie poszłaś? Nie mam nic do tego, że ona weszła, ale dlaczego nie ty?
-A czy to zrobiłoby jakąś różnicę? Przecież Niall z Anią razem, ładnie śpiewali.
-No tak...tylko, że w tedy ty mogłabyś ze mną-szepnął. Zdziwiłam się. Dlaczego mu aż tak zależało na tym? Mógłby przecież z każdą śpiewać, ale chciał ze mną. Czyli to chyba jednak prawda...
-Eej. Nad czym tak myślisz? Przecież nie mam do ciebie żalu-położył swoją prawą dłoń na moim policzku. Uśmiechnęłam się tylko. Mimowolnie ziewnęłam.
-Zmęczona jesteś, już pójdę-wstał z łóżka i kiedy chciał już iść, złapałam go za rękę.
-Jest już późno. Jak chcesz..to możesz zostać-powiedziałam niepewnie. Zgodził się.
 Położyłam się na łóżku. Dostałam wiadomość: 'Wracałam ze sklepu i widziałam Stylesa jak wchodził do Twojego domu. Czy ja o czymś kochana nie wiem?' Szybko odpisałam: 'Wiesz o wszystkim o czym powinnaś wiedzieć. Aha i Niall coś mówił, ale o tym już dowiesz się jutro.' Postanowiłam, aby Ania miała lekki niedosyt. Ułożyłam się wygodnie. Kiedy już prawie zasynałam, poczułam dłoń odgarniającą mi kosmyk włosów z twarzy. Tak, w tedy odpłynęłam w krainę snu.
___________________________________________________
Hej. To proszę, kolejny rozdział. Proszę o komentarze motywujące do pisania!^^I mam do Was 2 sprawy:
1. Założyłam aska. Możecie pisać, dawać pomysły, pytać, co chcecie- ASK .
2. Podoba Wam się nowy wygląd? Są tam ważniejsi bohaterowie opowiadania. Zgaduje, kto jest kim! ;p           Pozdrawiam